Nadal pozostaje niewyjaśniona sprawa mordu w Wierzchowinach. Nie przeszkadza to jednak w wykorzystywaniu tej sprawy w propagandzie przeciw bohaterom podziemia niepodległościowego.

6 czerwca 1945 roku wymordowano prawdopodobnie 197 (różnice w źródłach) mieszkańców wsi Wierzchowiny. Chociaż większość poszlak wskazuje na niezidentyfikowany oddział jako sprawców masakry, oficjalna wersja PRL-owska uczyniła odpowiedzialnymi za mord zgrupowanie oddziałów Akcji Specjalnej Narodowych Sił Zbrojnych. W  ten sposób na NSZ spadło odium „wierzchowińskiego mordu”. Czy jest to jednak prawda?

Kolaboranci

Wierzchowiny - wieś w przedwojennym powiecie krasnostawskim, w większości zamieszkana przez ludność ukraińską, podczas okupacji niemieckiej cieszyła się złą sławą wśród okolicznej ludności polskiej. Wielu Ukraińców współpracowało z gestapo i miejscową żandarmerią. Niektórzy z żyjących żołnierzy AK i NSZ wspominają, że we wsi byli aktywni również członkowie UPA, a kilku mieszkańców służyło w osławionej dywizji SS „Galizien”.

 


Po wkroczeniu Sowietów i zainstalowaniu tzw. władzy ludowej, część ukraińskich mieszkańców Wierzchowin czynnie poparła „lubelski” reżim. Według komunistycznych propagandystów: "We wsi duże wpływy posiadała PPR, wielu jej mieszkańców służyło w [Ludowym] Wojsku Polskim, Milicji Obywatelskiej oraz w organach bezpieczeństwa. Współdziałała również z władzą ludową, pomagając jej między innymi w ściganiu grup i bojówek reakcyjnego podziemia." Z tej racji wielu Ukraińców posiadało w domostwach broń maszynową, amunicję i granaty. Według relacji przynajmniej pod trzema domami były wybudowane prowizoryczne bunkry. Wiosną 1945 roku Ukraińcy - mieszkańcy wsi, zatrudnieni w MO lub bezpiece żywcem spalili kilku żołnierzy NSZ.


Oddziały NSZ wykonując rozkaz kpt. „Zenona” - Zygmunta Wolanina, po koncentracji przeprowadzonej 2 czerwca ruszyły w kierunku Tomaszowa Lubelskiego, z północy na południe. Dowódcą całości był szef Akcji Specjalnej na Okręg XVI kpt. „Szary” - Mieczysław Pazderski. Oprócz oddziału „Szarego” w skład zgrupowania wchodziły jeszcze następujące grupy partyzanckie: oddział ppor. „Jacka” - Zbigniewa Góry,  st. sierżanta „Zemsty” - Eugeniusza Walewskiego oraz  sierżanta „Sokoła” - Bolesława Skulimowskiego. Oprócz wymienionych czterech oddziałów istniał jeszcze jeden. Dowodził nim por. „Roman” (ze względu na dobro rodziny nazwiska nie ujawnię). Roli porucznika „Romana” poświęcę odrębny akapit...

Majowa narada

Wbrew temu, co pisała później komunistyczna „szkoła historyczna”, „Zenon” w  „Rozkazie ogólnym nr 9” z 2 czerwca 1945 roku nie wydał żadnego polecenia dotyczącego Wierzchowin. Ale istnieje inny ślad. Według wspomnień Mieczysława Szczerbatko, nieżyjącego już oficera AK i WIN, w maju 1945 roku doszło do wspólnej odprawy dowódców AK i NSZ  z Lubelszczyzny. Podczas odprawy oficerowie AK przekazali NSZ-owcom do wykonania wyrok śmierci na 19 mieszkańcach wsi: 17 Ukraińcach i 2 Polakach oskarżonych o kolaborację i inne przestępstwa. Na odprawie był również porucznik „Roman”...

Fakt istnienia takiej „listy wyroków” potwierdzali w późniejszych wspomnieniach nawet funkcjonariusze władzy komunistycznej, m.in. Władysław Lisik.

Wywiad NSZ melduje

Gdy kierownictwo AK i NSZ uzgadniało szczegóły, 17 maja (a więc dwa dni przed wspomnianą naradą), dowódca oddziałów partyzanckich NSZ z powiatu krasnostawskiego meldował: "Zawiadamiam, że wczoraj na odprawie powiatowej resortu bezpieczeństwa uchwalono, żeby wypuścić w teren specjalne oddziały resortu jako oddziały partyzanckie." Działalność dziwnej, niezidentyfikowanej grupy została również  zauważona i odnotowana przez komendanta Rejonu NSZ z powiatu Krasnystaw: "Dziki oddział w sile 19 ludzi, uzbrojony w broń maszynową, pod dowództwem młodego człowieka w wieku lat 19 (...) kręci się po całym moim rejonie oraz sąsiednich rejonach, robi różne roboty i podszywa się pod „Sokoła”." Po bitwie pod Hutą (10 czerwca) jeden z ocalałych oficerów „Szarego” napisał w meldunku, że: "Po drodze minęliśmy oddział „Sokoła” z AK, który aż zza Rejowca ciągnął za nami." Pragnę przypomnieć, że 2 czerwca w Rejowcu nastąpiła koncentracja oddziałów NSZ. Ów zagadkowy oddział „Sokoła z AK” musiał krążyć wokół oddziałów NSZ prawdopodobnie już od końca maja.


W opublikowanych niedawno w Moskwie dokumentach (NKWD i polskie podziemie 1944-45) istnieje notatka sporządzona przez oficera NKWD, niejakiego Seliwanowskiego, o sprawcach mordu w Wierzchowinach. Według niego czyn ten popełniła: "(...) banda „AK” podporucznika Cybulskiego, znanego pod pseudonimem „Sokół”." Nie ma słowa o udziale NSZ... Czy jednak rzeczywiście był to oddział AK? Bardzo wątpliwe.

Pytania

Nie wiadomo do dziś, jak wyglądała chronologia tragedii Wierzchowin 6 czerwca 1945 roku. Relacje żyjących świadków są sprzeczne - w ich pamięci czas zatarł szczegóły i epizody. Niektórzy po dziś dzień niewiele lub prawie nic nie mówią.


Ale jedna rzecz wymaga podkreślenia. Wszystkie relacje dotyczące „sprawy Wierzchowin” (zarówno funkcjonariuszy UB, jak i żołnierzy podziemia) są zgodne w jednej kwestii. W południe ludzie w mundurach Wojska Polskiego wjechali na koniach do wsi. O godzinie 14, najpóźniej 15, oddziały NSZ opuściły wieś. Według niektórych relacji słyszano pojedyncze odgłosy wystrzałów, wskazujących na wykonywanie uprzednio wydanych wyroków śmierci. Inni widzieli lub słyszeli mordowanie każdego, kto był Ukraińcem. Skąd więc takie rozbieżności?


Po przeanalizowaniu różnych aspektów sprawy uważam, że problem dotyczy czasu przeprowadzenia akcji i etapów. Według relacji (m.in. M. Szczerbatko) oddziały NSZ wkroczyły do wsi około godz. 12  i po wykonaniu 12 wyroków śmierci (7 skazanych było nieobecnych) wycofali się z Wierzchowin. Była godzina 14-15.  Jako pierwsi do Wierzchowin dotarli podoficerowie ze Szkoły Artylerii w Chełmie. Stoczyli krótkotrwałe starcie z wycofującą się niezidentyfikowaną „bandą”. Problem polega tylko na tym, że kompania elewów wjechała do Wierzchowin dopiero o godzinie 18. Jeżeli NSZ-owcy wycofali się o godzinie 15 z Wierzchowin, to z kim właściwie walczyli żołnierze LWP trzy godziny później? Czy byli to właściwi sprawcy tego okrutnego mordu?


Czy nie było tak, że w ślad za zgrupowaniem „Szarego” podążał fikcyjny oddział partyzancki, złożony w istocie ze specjalnie przeszkolonych funkcjonariuszy  bezpieki (a może NKWD), który w odpowiednim czasie, znając plan zgrupowania „Szarego” wkroczył po wyjściu NSZ-owców i dokonał rzezi? Temu problemowi poświęcę nieco miejsca później.


Następna dziwna rzecz. Zgrupowanie „Szarego” w ciągu 3 dni odeszło od Wierzchowin tylko 20 kilometrów. Dlaczego? Jeżeli dopuściliby się takiego czynu, czy nie staraliby się „odskoczyć” maksymalnie najdalej od miejsca wydarzenia? Albo rozwiązać zgrupowanie i rozproszyć część oddziałów? I jeszcze jedno pytanie. Czy „Szary”, prawnik i lekarz w jednej osobie, dopuściłby do masakry?

Masakra pod Hutą

Jedno jest pewne. Z dowódców zgrupowania „Szarego” nie przeżył nikt z wyjątkiem por. „Romana”. Siły UB i KBW, a przede wszystkim 98 pułk NKWD z 64 Dywizji tej formacji, od 6 czerwca metodycznie osaczały oddziały NSZ w trójkącie Uchanie - Wojsławawice - Huta. Finał nastąpił 10 czerwca pod wsią Huta. Była to jedna z najkrwawszych bitew  antysowieckiego powstania. Około 4-tysięczna ekspedycja walczyła przez wiele godzin ze zdeterminowanymi żołnierzami NSZ. Nieliczni żyjący NSZ-owscy uczestnicy tamtego boju wspominają, że Rosjanie użyli artylerii, a nawet samolotu szturmowego!

 

Według  komunistycznych dokumentów zginęło 166 „leśnych chłopców”, większość rannych została wymordowana na miejscu bitwy przez NKWD. Nie oszczędzono również mieszkańców „reakcyjnej” wsi Huta i kilku innych. Spalono około 200 zabudowań chłopskich, a liczba ofiar pomordowanych tam przekroczyła liczbę ofiar wypadków wierzchowińskich. O bestialstwie enkawudzistów może świadczyć fragment raportu kpt. „Zenona” o bitwie pod Hutą: "Sowieci rannych dobijali, zginęła łączniczka „Jacka”, którą Sowieci złapali przy rannym, po zgwałceniu jej zabili kolbami i butami." Pod Hutą 10 czerwca zginął kpt. „Szary” - Mieczysław Pazderski i ppor. „Jacek” - Zbigniew Góra. W trakcie jednego z poprzednich starć (6 czerwca) poległ sierż. „Sokół”. Z masakry pod Hutą przebił się z częścią ludzi sierż. „Zemsta”. Ujawnił się podczas amnestii jesiennej 1945 roku, lecz w kilka miesięcy później został skrytobójczo zamordowany przez funkcjonariuszy UB w Siedliszczu.

Podporucznik „Roman”

8 miesięcy później, 14 lutego 1946 roku w Warszawie rozpoczął się proces, który ówczesna propaganda komunistyczna okrzyczała mianem „wierzchowińskiego”. „Proces 23” był pokazową rozprawą z lubelskim NSZ. Nikt na sali nie miał niczego wspólnego z mordem w Wierzchowinach. Wszyscy zostali uniewinnieni przez sąd komunistyczny z zarzutu kierowania lub popełnienia zbrodni. Wszyscy... oprócz jednej osoby - ppor. „Romana”.


Być może to on jest kluczem do rozwiązania całej zagadki. Nie ulega bowiem wątpliwości, że był agentem Urzędu Bezpieczeństwa. Publicznie na ławie oskarżonych przyznał się do współpracy z UB. „Roman” był jedynym świadkiem popierającym oficjalną tezę o mordzie NSZ w Wierzchowinach. O swojej agenturalnej działalności powiedział m.in.: "(...) W parę miesięcy po wstąpieniu do NSZ nawiązałem kontakt z zastępcą kierownika Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Lublinie i ujawniłem 35 członków NSZ. Zdemaskowałem dowódcę Pogotowia Akcji Specjalnej w Lublinie - Grudzińskiego, który utrzymywał kontakt między NSZ a zatrzymanymi przez Urząd Bezpieczeństwa w więzieniu na Zamku w Lublinie członkami NSZ (...)."


Podczas tego pokazowego procesu „Roman” długo i szczegółowo zeznawał, jak NSZ-owcy rzekomo mordowali w Wierzchowinach. Tylko czy pojedyncze zeznania, i to w dodatku zdeklarowanego agenta UB mogą przesądzać o odpowiedzialności za zbrodnię zgrupowanie „Szarego”? Fragmenty zeznań „Romana” były w istocie oskarżeniami prokuratorskimi i to w dodatku „pod dyktando resortu”, np.: "(...) Jednak zabici na Hucie nie są głównymi organizatorami. Głównymi organizatorami byli ci, którzy  zbiegli w roku 1939 do Anglii, sanacyjni przywódcy. (...) Wyższa konieczność zmusza mnie do tego, żeby ich nazwać złodziejami, bandytami, choćby z tego punktu widzenia, że zrabowany w Polsce skarbiec, zdobyty potem i krwią polskiego żołnierza, chłopa i robotnika, trwonili, bawili się i wygodnie żyli pod angielskim parasolem."


19 marca 1946 roku 9 oskarżonych skazano na karę śmierci, wśród nich również „Romana”. Wtedy „Roman” krzyknął w stronę jednego z wysokich funkcjonariuszy MBP (podobno Różańskiego): "Panie pułkowniku, dlaczego mnie skazujecie na śmierć? Przecież współpracowałem z wami?!" - "Takich świadków likwiduje się" - brzmiała odpowiedź. 24 maja 7 „kaesowców” (m.in. „Romana”) zamordowano w mokotowskim więzieniu.


Kończąc wątek agenturalnej działalności „Romana” chciałbym wskazać na pewien szczegół. Otóż prezes Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych, p. Bohdan Szucki w wypowiedzi dla magazynu telewizyjnego „Tropy”, poświęconego Wierzchowinom stwierdził, że podczas narady kierownictwa AK i NSZ 19 maja 1945 roku była „wtyczka” Urzędu Bezpieczeństwa. Czy „wtyczką” tą był „Roman”? Jeśli UB wiedział o dokładnych planach, to czy nie obmyślono zaiste szatańskiej prowokacji? Do dnia dzisiejszego niejasna jest również rola „Romana” w unicestwieniu oddziałów NSZ pod Hutą. Nie wiadomo również w jaki sposób przedarł się z pierścienia okrążenia spod Huty. Dysponuję informacją, że „Roman” po prostu... ujawnił się enkawudzistom!

Zagadki

Zanim przejdę do opisania ostatniego bardzo ważnego aspektu „sprawy Wierzchowin”, chciałbym zwrócić uwagę na kilka faktów. Dziwnych faktów. Otóż wkrótce po 6 czerwca powołano specjalną komisję śledczą, w skład której weszli: lekarz, ksiądz, sędzia, dziennikarz „Sztandaru Ludu” i ... funkcjonariusz bezpieki! 15 czerwca, a więc w 9 dni po tragedii, w Wierzchowinach dokonano ekshumacji. Trwała ona kilka godzin i polegała na... odgrzebaniu 2 ciał. Na tej podstawie stwierdzono, że w zbiorowej mogile pochowano 197 mieszkańców  wsi!!


Jawne zaniedbanie tłumaczono później upałami i trudnościami, jakie z tego powodu mogłyby wystąpić przy ekshumacji zwłok. Do dnia dzisiejszego nie wyjaśniono twierdzeń mieszkańców okolicznych wsi o przewożeniu zamordowanych mieszkańców Huty i pobliskich wsi oraz zwłok poległych NSZ-owców do Wierzchowin. W jakim celu? Dlaczego protokół komisji powstał tak szybko i jednocześnie z zaprzeczeniem wszelkich reguł dochodzenia? Jeżeli przyjmiemy założenie, że NSZ popełnił tą zbrodnię, to czy „władzy ludowej” nie zależałoby na rzetelnym śledztwie i doszczętnym skompromitowaniu przeciwnika? Tymczasem postąpiono w sposób zupełnie odmienny. Czy nie jest to dziwne? A może funkcjonariusze „władzy ludowej” chcieli ukryć poprzez niechlujne śledztwo istotne szczegóły? Szczegóły wskazujące na innych, aniżeli NSZ, sprawców...

„Oddział pozorowany”?

I w końcu ostatni aspekt  „sprawy Wierzchowin”. Związany jest on z zaprogramowanym przez MBP i NKWD systemem działalności prowokacyjnej znanej pod nazwą „oddziałów pozorowanych”, powstałych już wczesną jesienią 1944 roku. Na ten temat jest nadal niewiele danych, aczkolwiek w ostatnich kilku latach ukazało się kilka artykułów m.in. p. Leszka Żebrowskiego i Marcina Zaborskiego. Ale rozmiary i skala tych tajnych operacji są nadal jedną z największych zagadek powojennej działalności aparatu bezpieczeństwa.

 

„Oddziały pozorowane” składały się ze specjalnie przygotowanych do roli partyzantów funkcjonariuszy komunistycznych służb specjalnych, aczkolwiek istnieją przesłanki wskazujące również na udział NKWD w tych tajnych operacjach. Upozorowane na oddziały „leśne” grupy funkcjonariuszy bezpieki starały się przenikać do terenowych „siatek” podziemia. Inni poprzez bandycką działalność dostarczali argumentów komunistycznej propagandzie, stając się niejako „żywym wzorem” degeneratów.


Czy Urząd Bezpieczeństwa wiedząc prawdopodobnie o decyzjach podjętych 19 maja na naradzie oficerów AK i NSZ oraz posiadając wysoko uplasowanego agenta w osobie „Romana”, zdecydował się na użycie „oddziału pozorowanego”? Wiele wskazuje na taką wersję. O takiej wersji wydarzeń przekonani byli ponad pół wieku temu redaktorzy podziemnych pism „Polska i Świat” (nr z 1 lipca 1945r.): "Terror, a w szczególności tak dobrze znane z niemieckich czasów pacyfikacje policyjne, obejmuje coraz większe przestrzenie Polski. Popełniane przy tym bestialstwa okupacyjny aparat propagandowy usiłuje zdyskontować na swoją korzyść, przypisując je oddziałom leśnym NSZ. (...) Na tym polega tajemnica „bandy Sokoła” i wsi Wierzchowiny."


„Sprawa Wierzchowin” od pewnego czasu stała się tzw. modnym tematem. Komunistyczną tezę o NSZ, jako sprawcach masakry, obala nie tylko Zaborski i Żebrowski. Sceptyczni wobec PRL-owskiej wykładni pozostają inni historycy, m.in. znana z lewicowej proweniencji Maria Turlejska, Andrzej Paczkowski i historyk hrubieszowski Jerzy Masłowski. Ale nie tylko oni. W trakcie telewizyjnego magazynu „Tropy” również płk St. Styk  (były członek UB i oficer LWP), wcześniej oskarżający o tę zbrodnię NSZ, przyznał, że: "rzeczywiście sprawa Wierzchowin budzi wątpliwości..."


Czy żyją jeszcze prawdziwi  sprawcy tamtej zbrodni? Być może. Ale odnalezienie ich będzie niemożliwe bez odtajnienia dla potrzeb historyków i badaczy materiałów operacyjnych UB. Wtedy być może dowiemy się, kto naprawdę mordował w Wierzchowinach...


Dariusz Goszczyński


Źródło: "Nasza Polska" nr 28/1996, "Szczerbiec" nr 9 (1998 r.)