Relacja z wykładu Leszka Żebrowskiego pt. "Narodowe Siły Zbrojne".

Spotkanie z Leszkiem Żebrowskim odbyło się 4.09.2012 (wtorek) o godz. 17.00 w Muzeum Niepodległości w Warszawie. Organizatorem spotkania było Stowarzyszenie KoLiber, prowadzenie: Piotr Mazurek.

 

„To były Narodowe Siły Zbrojne – te, które wyłoniły się z Narodu. To była emanacja tego, co młoda przedwojenna inteligencja, wychowankowie polskich szkół, oficerowie rezerwy WP myśleli o Polsce, co przeżywali, jakie mieli rozterki. Po tym wszystkim, co się z nimi stało, zasługują na coś więcej, niż nagrobki czy tablice okolicznościowe. Zasługują na pełną wiedzę o nich” – powiedział historyk Leszek Żebrowski podczas zorganizowanego przez Stowarzyszenie KoLiber spotkania poświęconego historii NSZ, które odbyło się w siedzibie Muzeum Niepodległości.

 

„Na temat NSZ w okresie powojennym napisano więcej propagandowych „dzieł”, niż o jakiejkolwiek innej organizacji. Ludzi, którzy tam walczyli mordowano, trzymano w więzieniach, ale  równocześnie „wiedzę” o nich rozpowszechniano w sposób szczególnie obrzydliwy. To były zawsze wtręty na najniższym z możliwych poziomów propagandowych. Mówiono, więc że byli to „faszyści”, „antysemici”, „kolaboranci”, „zdrajcy”” – podkreślił na początku swego wykładu Żebrowski.

 

„Gdy w 1992 roku polemizowałem z naszymi wielkimi „koryfeuszami historycznymi”, prof. Andrzej Paczkowski napisał w „Gazecie Wyborczej”, że o tej organizacji to jest trudno w ogóle cokolwiek powiedzieć, bo nie ma żadnych dokumentów. Tysiące dokumentów już wówczas było dostępne. Tylko tym ludziom się nie chciało ich badać. Łatwiej jest, bowiem posługiwać się inwektywami, niż wiedzą” – dodał.

 

„Dokumenty o NSZ były trzymane w tajemnicy. Dostęp do nich mieli jedynie wybrani funkcjonariusze bezpieki, którzy zostali oddelegowani do nauki,  w tym m.in. nieżyjący już płk Ryszard Nazarewicz, szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego do 1954 roku, który został profesorem w Wyższej Szkole Nauk Społecznych przy KC PZPR. Takich pseudohistoryków jak on było mnóstwo. Ci ludzie robili wszystko, żeby zniekształcić wiedzę o NSZ. W bardzo wielu polskich domach do dziś stoją stare encyklopedie z tamtych lat, z których kolejne pokolenia wciąż korzystają” – podkreślił Żebrowski.

 

Następnie historyk przedstawił dość obszernie wyniki rzetelnych badań odkrywających historię NSZ, które były owocem kilkudziesięcioletniego zbierania świadectw żołnierzy, świadków ich walki oraz odkrywania i weryfikowania tysięcy dokumentów oraz innych źródeł historycznych.

 

„Narodowe Siły Zbrojne w sensie ścisłym była to wojskowa organizacja konspiracyjna, druga obok AK, która była zorganizowana profesjonalnie, czyli stworzona na wzór wojskowy. Była to organizacja apolityczna, która miała doskonałą sprawozdawczość – jej dokumenty były archiwizowane. Tylko NSZ obok AK ma do dzisiaj taką dokumentację. Dzięki temu znamy liczebność, cele polityczno-wojskowe, podział dowództwa. Znamy obszary poza granicami II RP, które były zorganizowane w NSZ”

 

„Są trzy rzeczy, które wyróżniają NSZ w całym podziemiu. Pierwszą z nich jest całkowita niezależność polityczna. Była to organizacja, która była całkowicie wytworem polskiej myśli  - od początku do końca wymyślona i stworzona przez ludzi przebywających w Polsce, nad którymi nie było żadnych zewnętrznych ośrodków politycznych. Żaden obcy, nawet zaprzyjaźniony rząd nie miał na nich wpływu. Po drugie byli niezależni finansowo. Nie mieli środków płynących z Londynu, ale funkcjonowali tak, aby wystarczyło. W NSZ nie wypłacano sobie pensji. Pieniądze, które były w organizacji szły na inne potrzeby – na zakup broni, wydawanie pism czy pomoc osobom uwięzionym i ich rodzinom. I ostatnia cecha, która ich wyróżnia – byli niezależni ideologicznie. To byli ludzie, którzy tworzyli własną myśl. W ramach NSZ, pojawiły się np. pomysły powołania w Europie czegoś na wzór Unii Europejskiej. Oczywiście nie wyobrażali jej sobie tak, że były maoista będzie komisarzem, a ministrem spraw zagranicznych osoba, która miała związki z bolszewickimi funduszami na działalność wywrotową. Oni widzieli to, że w Europie Środkowo-Wschodniej będzie potrzebny organizm, którzy przeciwstawi się niemieckiemu imperializmowi i postawi tamę bolszewizmowi. Wszystkie kraje regionu miały być wg tego planu zjednoczone w czymś w rodzaju unii” – podkreślił historyk.

 

„Ta niezależność polityczna, materialna i ideologiczna pozwoliła stworzyć coś pięknego w naszej historii. To byli ludzie ukształtowani przez II Rzeczypospolitą. Byli młodzi, dynamiczni, twórczy. Po tych, którzy przeżyli i znaleźli się na emigracji wiemy, jak wspaniałych ludzi straciliśmy. To byli profesorowie w obu Amerykach, Wielkiej Brytanii czy Australii. Ludzie wybitni. I to pokolenie w znacznym stopniu zostało stracone” – zaakcentował Żebrowski.

 

Historyk zwrócił uwagę, że NSZ, jako jedyna organizacja podziemna miała w swoich szeregach przedwojennych generałów Wojska Polskiego: „Było duże grono pułkowników, podpułkowników, oficerów dyplomowanych. Pierwszym dowódcą był płk Ignacy Oziewicz – przed wojną dowódca pełnej dywizji piechoty. Był to człowiek niezwykły. Jego przyjaciel gen. Stanisław Maczek napisał w nekrologu po śmierci Oziewicza, że był to „ostatni polski rycerz kresowy””.

 

Żebrowski podkreślał także jak wielką wagę przykładano do profesjonalizacji kadr: „NSZ dawało młodzieży szkoły podchorążych lub szkoły oficerskie. Przeszkolenie w NSZ trwało od 6 do 8 miesięcy. Aby zostać podchorążym trzeba było zdać wiele egzaminów. W innych organizacjach widziałem zaświadczenia, z których wynikało, że takie przeszkolenie trwało nawet 2 dni. To była produkcja awansów, a nie szkolenie.”

 

Historyk opisał także zaplecze związane z funkcjonowaniem Narodowych Sił Zbrojnych: „W szerszym znaczeniu przez NSZ rozumie się poza organizacją wojskową, także inne podmioty, które do tego kręgu się zaliczały. Była tam Służba Cywilna Narodu, czyli cywilna administracja w podziemiu. Były to zespoły koncepcyjne, które tworzyły raporty i analizy na okres powojenny. Prof. Krupiński, twórca polskiego węgla po wojnie był funkcjonariuszem SCN – on te plany odbudowy przemysłu węglowego na Śląsku tworzył właśnie tam. Tworzono podręczniki prawne. „Polskie prawo administracyjne” prof. Stanisława Kasznicy jeszcze wiele lat po wojnie było podręcznikiem akademickim, bo nikt nic lepszego nie potrafił napisać.”

 

„Tworzono także zalążek nowej formacji politycznej, która po wojnie uczestniczyłaby w życiu publicznym. Ta organizacja nazywała się Obóz Narodowy. Miał on zjednoczyć wszystkich tych, którzy myśleli w kategoriach interesu Narodu, a nie interesów obcych. Ciałem nadrzędnym, bieżącym dysponentem NSZ była Tymczasowa Narodowa Rada Polityczna, złożona z 40 osób – wydelegowanych i przez środowiska narodowe i te, dalekie od Narodowej Demokracji. To ciało wyłoniło z siebie 8-osobowe prezydium. Na czele tego organu stał najmłodszy polski poseł przedwojenny, mec. Zbigniew Stypułkowski, sądzony w procesie szesnastu, po wojnie doradca kolejnych prezydentów i rządów amerykańskich ds. zagrożenia komunistycznego w świecie. Jego książki były publikowane w 37 językach.”

 

W tym miejscu Żebrowski skupił się na opisaniu działań formacji zbrojnej: „Organizacja formalnie powstała 20 września 1942 roku. NSZ powstały w wyniku zjednoczenia istniejących wcześniej organizacji. Wcześniej istniała organizacja wojskowa o nazwie Związek Jaszczurczy – niezwykle ideowa i profesjonalnie zorganizowana przez przedwojenną inteligencję. Tam było wielu przedstawicieli nauk ścisłych. Ich szefem był prof. Bolesław Sobociński – po wojnie matematyk w Ameryce”

 

Historyk podkreślił, że jednym z największych sukcesów NSZ było zorganizowanie świetnie działającego wywiadu: „Oni byli w stanie w 1940 i 1941 roku zorganizować profesjonalny wywiad na terenie III Rzeszy i obszarach okupowanych, a także w krajach neutralnych – np. w Turcji. To byli ludzie 20-25-letni. Większość z nich została zamordowana przez Niemców. Ci młodzi ludzie ginęli wbijani na haki rzeźnicze lub byli na wzór średniowieczny ścinani toporami” – dodał.

 

Rozwijając tematykę wywiadu NSZ, Żebrowski dodał, że żołnierze tej formacji w  1942 i 1943 roku dokonywali zamachów w Berlinie. Podał kilka przykładów takich działań:  „Alojzy Kubicki jeździł z teczką wyładowaną materiałami wybuchowymi ze świetnie spreparowanymi niemieckimi dokumentami i detonował te materiały w miejscach, w których były skupiska niemieckich oficerów.”

 

„Ten wywiad potrafił zdobywać plany rakiet, plany operacyjne łodzi podwodnych. To wszystko szkło przez Komendę Główną AK do Londynu, ale to jest pierwotny dorobek NSZ. Pod koniec 1942 roku Niemcy oceniali, że wywiad NSZ jest najpoważniejszy, z jakim zetknęli się na ziemiach polskich od początku okupacji. Oni wręcz myśleli, że jest to wywiad brytyjski, bo nie wierzyli, że Polacy byli w stanie stworzyć taki wywiad. W tych szeregach nie było zdrady” – podkreślił.

 

Historyk opisał także sposób zorganizowania struktury NSZ na ziemiach polskich: „Cały kraj został podzielony terytorialnie na powiaty, które tworzyły obwody lub inaczej inspektoraty. Z obwodów tworzy się okręgi, z okręgów obszary lub dowództwa frontów. A w dół poniżej powiatów były wojskowe rejony, placówki i drużyny. Wszyscy byli przypisani do konkretnej jednostki wojskowej.”

 

„W 1943 roku, w związku z trudnościami scaleniowymi z AK, pion polityczny NSZ postanowił wysłać swoich delegatów do Naczelnego Wodza w Londynie. Delegatem pionu wojskowego był szef sztabu NSZ mjr Stanisław Żochowski, a przedstawicielem pionu politycznego Stanisław Salski. Oni na własną rękę przedostali się do Londynu. Gdy gen. Sosnkowski zobaczył, że istnieją takie siły i, że są one inne niż wynika z karykaturalnych opisów w meldunkach, był bardzo za tym, aby NSZ scalił się z AK na takich warunkach, jakie sam przewidywał, czyli na zasadzie autonomii” – zaakcentował Żebrowski.

 

„W sierpniu 1943 roku było to 70 tys. żołnierzy. Nie było tam zawyżeń. Co kwartał weryfikowano stan kadrowy. W momencie scalenia z AK, czyli w marcu 1944 roku w NSZ było ponad 90 tys. żołnierzy i oficerów”.

 

Historyk podkreślił też ogromną pracę propagandowo-informacyjną, jako wykonywały NSZ: „NSZ wydawały ponad 200 pism na najwyższym poziomie edytorskim, politycznym i ideowym. Pion propagandy NSZ wydał 40-stronnicowy podręcznik do szkoleń podchorążych i podoficerów. Ten podręcznik był wydany w takim nakładzie, że służył do szkolenia także w innych organizacjach” – dodał.

 

W kolejnej części swego wystąpienia, Żebrowski skupił się na akcjach zbrojnych dokonanych przez NSZ: „Partyzantka NSZ była jedną z pierwszych, która pojawiła się na ziemiach polskich. Ich los był różny. Te odziały były zgrupowane przede wszystkim na Kielecczyźnie, w Radomskiem, na Lubelszczyźnie i  na Mazowszu.”

 

„Najciekawszą akcją partyzancką NSZ dokonaną przez oddział por. Artura Kaczmarskiego i wachmistrza Tomasza Wójcika 26 sierpnia 1943 roku na Kielecczyźnie była zasadzka na generała Kurta Rennera. Wraz z obstawą został on zlikwidowany. Zabrano im broń, dokumenty i plany wojskowe. Był to najwyższy stopniem oficer niemiecki zlikwidowany przez polskie podziemie. Tą akcję przypisywało sobie potem wielu innych, w tym żołnierze Gwardii Ludowej. Po wojnie gwardziści zrobili doktoraty, z tego, jak to niby państwo Skwarkowie na czele z majorem UB z Kielc, który całą swoją rodzinę umieścił w tej opowieści „zatłukli generała”” – podkreślił zaznaczając, że to tylko jeden z wielu przykładów fałszowania historii podziemia przez PRL-owskich historyków.

 

„Inna rzecz, o której się nie mówi to jest pomoc żołnierzy NSZ podczas zamachu na gen. Franza Kutscherę 1 lutego 1944 roku w Alejach Ujazdowskich. O tym nigdzie nie ma mowy. NSZ-owcy pomagali przy organizacji tej akcji” – zaakcentował.

 

Żebrowski powiedział też o akcji uwolnienia więźniów z więzienia w Siedlcach na dzień przed ich wywózką do Warszawy. Dwa oddziały NSZ wmaszerowały wówczas do miasta w przebraniu Niemców. Opanowali więzienie i uwolnili jeńców. W Łomży natomiast Niemcy uwolnili 300 więźniów w czerwcu 1944 roku, po tym, jak oddział NSZ kpt. Antoniego Kozłowskiego wziął do niewoli niemieckich zakładników.

 

„Piękna była karta NSZ w powstaniu warszawskim. Mieliśmy zdobycie PASTy, opracowanie planów zdobycia Politechniki, Kościół Św. Krzyża, obrona Starówki, brygadę „Koło”, zgrupowanie „Chrobry II”, NSZ-owską brygadę pancerno-motorową. Ok. 3,5 tys. NSZ-owców wzięło udział w walkach. Ok. 1,5 tys. było rozsypanych po różnych jednostkach AK. To jest ¼ sił walczących w powstaniu warszawskim” – podkreślił historyk.

 

„Dowódca postania gen. Antoni Chruściel w chwili upadku Warszawy dokonał oceny żołnierzy i napisał, że tylko dwie formacje do samego końca stały na najwyższym poziomie ideowym i bojowym - jedna wywodząca się z niepodległościowej PPS, a druga z NSZ.  Za wzór postawił NSZ-owskie Zgrupowanie „Chrobry II”, które nie oddało Niemcom ani skrawka ziemi” – dodał.

 

Żebrowski  zaakcentował mocno w swym wykładzie, że NSZ cały czas podkreślało racjonalne podstawy swych działań. Dowódcy wiedzieli, że nie można działać tak, by wygrać wojnę, ale żeby po jej zakończeniu nie było już Polaków, czym groziły np. nieodpowiedzialne działania Gwardii Ludowej.

 

Jak powiedział historyk o znaczeniu Narodowych Sił Zbrojnych w polskim podziemiu, ale także o antyniemieckim nastawieniu NSZ świadczą hitlerowskie dokumenty, z których wynika, że Niemcy bardzo obawiali się polskich narodowców. „Kiedy w 1945 roku Hitler zlecił Gestapo sporządzenie raportu o polskim podziemiu, bo nie pojmował, jak to możliwe, że najsilniejsza armia świata nie była w stanie go zniszczyć, Niemcy skupili się w nim na NSZ (…) Pod koniec wojny natomiast Hitler chciał stworzyć w okupowanych przez aliantach Niemczech własne podziemie i zlecił wyszukanie wzoru takiej konspiracji. Niemieccy stratedzy wskazali na NSZ, jako najbardziej prężnie zorganizowany i dowodzony związek polski” – zaakcentował Żebrowski.

 

Następnie historyk przeszedł do zarzutu „antysemityzmu”, który jest często podnoszony przeciw NSZ przez lewicowych historyków: „Gdy proszę o jakieś przykłady tego, że NSZ mordował Żydów, słyszę „Ale po co przykłady. To wiadomo i już”, a tymczasem jest taka fundamentalna praca historyków żydowskich, którzy analizują polskie podziemie niepodległościowe. Wyliczyli oni 120 przypadków mordów na Żydach i jest tam jedynie jedno wskazanie na NSZ. W dodatku pochodzi z okresu, kiedy nie było NSZ. Trzeba też dodać, że gdy w 1945 roku rodziny ofiar zgłosiły się do starostwa w Kraśniku z prośbą o ekshumację, jako sprawców wskazały Niemców” – podkreślił Żebrowski.

 

„W NSZ na wysokich stanowiskach służyli Żydzi. Oficerem do specjalnych zleceń w komendzie okręgu 1 Warszawa był przedwojenny bokser klubu Makabi Feliks Pisalewski, podporucznik rezerwy, przez 1,5 roku więzień Pawiak, w październiku 1942 roku odbity z transportu do Alej Szucha na obecnym Placu Konstytucji przez żołnierzy NSZ. Pełnił później służbę w NSZ. On był Żydem wyznaniom, obrzezanym, więc nie mógł się spokojnie poruszać po Warszawie. Prosił kolegów o pomoc w załatwieniu operacji maskującej. Załatwił mu ją kpt. Andrzej Komorowski. Napisał potem piękne wspomnienia, wydane w 1984 roku w Australii: „Ja Żyd, jestem żywym świadectwem na to, że ci polscy „radykałowie” nie tylko uratowali mi życie, ale jeszcze umożliwili normalne funkcjonowanie w podziemiu”. Takich ludzi było dużo. Zbigniew Stypułkowski był ożeniony z wnuczką prof. Aleksandra Kraushara, ortodoksyjnego Żyda. Jego syn był w młodzieżowych oddziałach NSZ, a według prawa żydowskiego był „czystym Żydem”. Dowódcą powiatu Sokołów Podlaski był przedwojenny oficer rezerwy Stanisław Ostwid-Zuzga, polski Żyd. Nikt mu nie robił żadnych problemów z tego powodu. Mało tego, to jest piękny przykład. Został aresztowany w końcu 1944 roku przez NKWD. Gdy odkryto jego pochodzenie, zaproponowano mu, aby przyłączył się do komunistów. On odmówił. Pozostał wierny Polsce i swej formacji. W styczniu 1945 roku został skazany na śmierć i stracony. To są ci „antysemici” z NSZ?! NSZ-owcy to byli także żydowscy polscy patrioci” – zaakcentował zdecydowanie historyk.

 

Żebrowski podkreślał też przykład pokazujący jak absurdalne bywały stawiane NSZ-owcom zarzuty współpracy z Niemcami: „Jeden z najwybitniejszych działaczy NSZ kpt. Lech Karol Neyman sformułował w październiku 1942 roku na łamach pisma „Naród i Wojsko” tzw. „polski cel wojny”. Napisał, że jednym z fundamentalnych warunków pokoju z Niemcami jest przyznanie Polsce ziem aż po Odrę i Nysę Łużycką i, że Polacy muszą bezwzględnie walczyć z Niemcami nawet, jeżeli Zachód tej walki zaprzestanie. Jego piśmiennictwo to jest najwyższy poziom polskiej polityki. Doskonała logika i precyzja słowa, coś, czego nie możemy wymagać od naszych obecnych przywódców. I tego człowieka zamordowano w 1948 roku pod zarzutem…. kolaboracji z Niemcami. Leży na powązkowskiej Łączce”

 

„Po wojnie Narodowe Siły Zbrojne zostały zamordowane dosłownie i w przenośni. Żołnierze NSZ dostawali najwyższe wymiary kary. Nie wyszli z więzień w 1956 roku, ale siedzieli nadal. NSZ-owcy mieli sprawy karne także w latach 60., a nawet 70. Gdy Gierek ponoć dawał pracę i inni się dorabiali, oni siedzieli w więzieniach. Za co? Za idee” – zaakcentował historyk i podał niezwykle poruszające przykłady.

 

„Por. Franciszek Cieśla – pierwszy raz został ranny na polu walki pod Mławą w 1946 roku. Próbowano go dobić na miejscu, ale żył, więc go zabrali do celi. Dostał tam serię po plecach, ale i to przeżył. Skazali go potem na karę śmierci, zamienioną na dożywocie. Przesiedział 21 i pół roku więzienia. Żadnej pracy, renty, emerytury. On był „na wyzdychanie”. Mieszkał po komórkach, w lasach. Dożył lat 90. I pytany, „Czy było warto?”, odpowiedział, „Tak. było warto”.”

 

„Widziałem przypadek studentki, jaka spotykała się z ujawnionym żołnierzem NSZ, który przesiedział kilka lat w więzieniu. Ktoś to zobaczył i na nią doniósł. Wezwaną ją na uczelni przed oblicze komórki partyjnej i zabroniono jej się z nim spotykać. Ona nie uległa. Dostała za to wyrok 2 lat obozu. Ci, którzy ją skazywali to nie byli sędziowie, ale funkcjonariusze partyjni. Oni do dziś żyją i się tym szczycą” – podkreślił Żebrowski.

 

Następnie historyk odniósł się do historii Brygady Świętokrzyskiej, której często zarzucano rzekomą współpracę z Niemcami. Żebrowski jasno i wyraźnie podkreślił, że nie była to prawda. Zapowiedział, że chętnie wygłosi oddzielny wykład na temat Brygady, na który przyniesie dokumenty obalające wysuwane przez lewicę zarzuty.

 

„W 1990 roku w Zagnańsku był pierwszy wielki światowy zjazd żołnierzy i oficerów Brygady Świętokrzyskiej. Przyjechało ponad 300 osób z kraju i zagranicy. W tym np. por. Włodzimierz Kołaczkiewicz – człowiek maltretowany w więzieniu w Kielcach przez UB-ków z Armii Ludowej w taki sposób, że przywiązali go łańcuchem do sufitu za nogi i tłukli cały dzień i całą noc metalowym prętem. On przeżył. Chodził z głową przy ziemi. Człowiek niezwykłej dobroci, o bardzo wysokim poziomie moralnym. Człowiek, któremu ci, którzy psy wieszają na Brygadzie Świętokrzyskiej nie byliby godni nóg umyć” – powiedział prelegent.

 

„Poznałem korespondencyjnie dowódcę Brygady płk Antoniego Szackiego. To było tuż po tym, jak odwiedził go Cezary Chlebowski. Był tam gościem przez dzień czy dwa. Wrócił potem do kraju i opluł go straszliwie. Zapytałem Szackiego o niego. On odpowiedział, że przyjmuje u siebie wielu Polaków. Dla każdego rodaka było miejsce w jego domu. Dla każdego miał serce” – podkreślił historyk.

 

Wspominał też słowa Szackiego, który podkreślał, że wymarsz Brygady Świętokrzyskiej w styczniu 1945 roku wynikał z rozkazów kierownictwa NSZ oraz Naczelnego Wodza gen. Sosnkowskiego, a jego przyczyną była chęć ratowania substancji ludzkiej przed nadchodzącymi bolszewikami. Dowódca Brygady, któremu Niemcy proponowali wspólną walkę przeciw Armii Czerwonej, odmówił, stwierdzając, że wykonuje jedynie rozkazy Naczelnego Wodza w Londynie.

 

Żebrowski przypomniał też zapomnianą akcję Brygady Świętokrzyskiej w Holiszowie, gdzie żołnierze NSZ wyzwolili niemiecki obóz dla kobiet. „Podziękowania tych kobiet dla żołnierzy Brygady są przepiękne – to są haftowane, czerwone serca i napisy w językach francuskim, holenderskim, żydowskim. Tam było kilkaset kobiet przygotowanych do spalenia żywcem” – podkreślał Żebrowski. „Na Zachodzie nie było problemu „antysemityzmu” Brygady. Te zarzuty pojawiły się w komunistycznej Polsce” – dodał.

 

Następnie historyk został zapytany o wywiad, jakiego „Gazecie Wyborczej” udzielił dyrektor Muzeum II Wojny Światowej prof. Paweł Machcewicz, w którym stwierdził on:

„Uważam, że powinniśmy nawiązywać do tradycji AK, ale już stawianie na jednej płaszczyźnie NSZ i AK, co się dzieje ostatnio, jest niedopuszczalne. AK była wojskiem polskim w kraju, częścią państwa podziemnego. NSZ była formacją partyjną, która walczyła przeciwko Niemcom i Sowietom, ale nie uznawała instytucji polskiego państwa podziemnego. Była także spadkobiercą faszyzującej, antysemickiej tradycji ONR, antydemokratycznej, o cechach totalitarnych. Świadomie bym ją wykluczył z tradycji demokratycznego państwa polskiego, mimo że jej członkowie walczyli o niepodległość Polski i ponosili ofiary.”

 

Odnosząc się do tych słów Żebrowski powiedział: „Ten człowiek jest profesorem historii i za słowo powinien brać odpowiedzialność. NSZ były przecież częścią AK. W marcu 1944 została podpisana umowa, którą podsumował gen. Leopold Okulicki mówiąc, iż została ona wykonana. Część organizacji, co prawda nie podporządkowała się. Z  różnych zresztą przyczyn – to nie wynikało z ich winy, bo  wyszło na jaw, że NSZ został oszukany na skutek polityki takich ludzi jak płk Rzepecki, którego powojenna działalność też świadczy o tym, jaki to był człowiek. Olbrzymia większość organizacji umowę scaleniową jednak wykonała.”

 

„Jeżeli oni stworzyli organizację konspiracyjną – sami, z niczego i ponieśli tak ogromne straty, to dzisiaj są niepotrzebni?!  Ppłk Józef Rokicki, dowódca NOW scalonej z AK w 1942 roku, a w powstaniu warszawskim dowódca dywizji piechoty napisał przepiękne wspomnienia w Paryżu w 1949 roku pt.: „Blaski i cienie minionego pięciolecia”. We wstępie napisał tak: „Każdy polski oficer przedwojennego WP miał obowiązek być w konspiracji i pracować na rzecz Polski w podziemiu, ale wybór organizacji  i sposób działania był zależny tylko i wyłącznie od jego sumienia i rozumu politycznego”, bo wszystkie organizacje były ochotnicze. Nikt tam ludzi kijem nie napędzał” – powiedział Żebrowski.

 

„Jeżeli dzisiaj ktoś mówi, że oni się nie są częścią tradycji demokratycznej, to można się zapytać „A kto jest?!” Leszek Miller? Kiedy on stał się demokratą? Wtedy, jak w torebce przywoził kasę z Moskwy i nie został za to rozliczony? Pawlak z ZSL? Akceptujemy jako część tradycji demokratycznej  tych ludzi działających w KOR, którzy wywodzą się z rodzin ubeckich. Akceptujemy na czele państwa osobę wżenioną w rodzinę ubecką. Czy to jest tradycja demokratyczna? Co NSZ-owcy zawinili tym wszystkim propagandystom, że ignorują oni fakty historyczne, a stosują inwektywy po dziś dzień?! Jeżeli NSZ-owcy byli przydatni przy akcji na Franza Kutscherę – kata Warszawy, to dzisiaj są niepotrzebni?!” – dodał podkreślając niegodziwość wymierzonych w NSZ wypowiedzi.

 

„Oni dali daninę krwi. I dzisiaj mamy to wyrzucić na śmietnik, dlatego, że ideologia to nakazuje? Dlaczego? Bo oni by nie zaakceptowali Kuronia czy Geremka w Alej Zasłużonych na Powązkach? NSZ-owców tam nie ma, a PZPR-owcy tam leżą. Bierut, Marchlewski, Hanka Sawicka, Janek Krasicki wciąż tam leżą. O jakiej my w ogóle tradycji demokratycznej mówimy?” – podkreślił raz jeszcze.

 

W czasie dyskusji historyk odnosił się także do poruszanych przez innych uczestników spotkania tematów związanych z naszą najnowszą historią. Pytany był m.in. o obecne środowiska kombatanckie.

 

„Mamy dzisiaj dziesiątki tysięcy ludzi, którym przyznano uprawnienia kombatanckie za działalność w organizacjach nieistniejących. To rzutuje na opinię o środowisku. To był mój dramat, kiedy pracowałem w Urzędzie ds. Kombatantów. Byłem naładowany wiedzą, że to są ludzie, którzy zasługują na najwyższy szacunek. Ale jak niektórzy z nich mi tłumaczyli, że w dwa dni skończyli podchorążówkę, to sami siebie ośmieszają” – powiedział Żebrowski.

 

„Dziś są takie środowiska kombatanckie, które się rozrastają np. powstańcy warszawscy na czele z gen. Ścibor-Rylskim, który podczas wojny miał jeden pseudonim, a po wojnie drugi. To jest dzisiaj autorytet moralny. Mówi, że nie było żadnej komuny. To, z kim on współpracował po wojnie, jak nie było komuny?!” – podkreślił historyk.

 

„Pamiętam takie stowarzyszenie kombatanckie, które zrzeszało grupy młodzieżowe z okresu wojny. Oni mieli 6 tys. członków i 9 tys. kombatantów. Zapytałem jak to możliwe, że po 40 latach nikt nie umarł, a jeszcze jest ich więcej, niż w czasie wojny. Odpowiedziano mi „Pan jest za młody. Pan nic nie rozumie”. Weryfikowałem też takiego kombatanta, który twierdził, że w wieku lat 10, jeszcze przed wybuchem wojny, bo15 sierpnia 1939 roku wstąpił do Batalionów Chłopskich i stworzył oddział partyzancki.” – dodał Żebrowski.

 

Wskazał jednak i takie organizacje, w których opisane sytuacji nie mają miejsca: „Dwa środowiska kombatanckie muszę postawić za wzór: Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość oraz NSZ. Jedynie oni rzetelnie zweryfikowali swoich kombatantów. Wielu z tych ludzi nie przyjęło po wojnie awansów. Np. wiceprezes związku żołnierzy NSZ, nieżyjący już Witold Grzebski – podporucznik NSZ, komendant powiatu Płońsk, który skończył z karą śmierci zamienioną na 15 lat więzienia. Raz w życiu opowiadał o swoim śledztwie. Cały czas wówczas płakał. On nie przyjął później żadnego awansu. Podobnie honorowy prezes ZŻ NSZ Bohdan Szucki  - pozostał podchorążym.”

 

„Dzisiaj mamy sytuację taką jakby zachowali się wszyscy generałowie, a zwykli żołnierze wyginęli w walkach. Dlaczego tylko ten, który przeżył ma mieć zaszczyty?” – powiedział prelegent.

 

„Mój ojciec opowiadał mi jak przed wojną traktowano weteranów powstania styczniowego. W II RP było ich kilkuset. Nie było żadnych awansów i zaszczytów. Byli oni jednolicie umundurowani. Zawsze i wszędzie byli otoczeni najwyższym szacunkiem. Jak spotykało się takiego powstańca, to młodzi podchodzili i całkowali go w rękę. To było coś świętego. A ja dzisiaj nie jestem w stanie kombatantowi podać ręki na ulicy, bo nie wiem, kto to jest. Czy to jest Ludowe Wojsko Polskie, czy to jest funkcjonariusz UB, czy to jest ORMO, KBW czy co to jest? Wszyscy mają medale i wszyscy tak samo wyglądają i łażą ze sztandarami. Jaki to może być wzór dla młodzieży? Zero ideowości. Zero weryfikacji” – dodał.

 

„Dlaczego tablicę pamiątkową ma mieć tylko ten, co przeżył powstanie? A czemu rotmistrz Pilecki nie może być bohaterem Europy? Sprawdźcie, kto przeciw temu głosował. Zdziwicie się – polscy europosłowie. A to był prawdziwy bohater – człowiek, który poszedł na ochotnika do Auschwitz, założył tam konspirację, sporządził raporty. Po wojnie został zamordowany za wiedzę, którą posiadał. I inny przypadek. Czołowy autorytet - był w Auschwitz, ale wrócił pociągiem. Wypuszczony, bo się źle czuł… Jest różnica? Dla mnie jest” – podkreślił historyk.

 

Żebrowski podał też opozycyjny wobec zapomnianego bohaterstwa NSZ przykład „bohaterstwa” wykreowanego przez PRL-owską propagandę czyli słynnej „antyniemieckiej akcji” oddziału Gwardii Ludowej  kierowanego przez Franciszka Zubrzyckiego „Małego Franka”. Historyk przytoczył wspomnienia z tego wydarzenia napisane przez późniejszego pułkownika UB Józefa Mrozka, który uczestniczył w akcji.

 

„GL-owcy napadli na polską leśniczówkę. Leśniczym był Polak, którego okradziono. Zabrano mu pieniądze, świnię i dubeltówkę. Wczesnym rankiem gwardziści uciekali, ale nie znali terenu i błądząc po lesie wrócili do tej leśniczówki. Postanowili schować się w krzakach i przeczekać kolejny dzień. Leśniczy musiał jednak wezwać Niemców, bo zabrano mu broń, a za nie zgłoszenie tego faktu groziła kara śmierci. Przyjechała, więc jakaś grupa niemieckich żandarmów. W pewnym momencie jeden z tych młokosów wyjął granat i go rzucił. Ale, jak pisze Mrozek „żeby przynajmniej rzucił w stronę Niemców, a on rzucił w górę i to wybuchło w gałęziach nad nami i nas poraniło”. Niemcy całe towarzystwo rozpędzili. A ja potem chodziłem do szkoły, która nosiła imię dowódcy tych ludzi” – podkreślił historyk.

 

Powracając na koniec swej wypowiedzi do wysuwanych przez lewicę zarzutów antysemityzmu w podziemiu niepodległościowym, Żebrowski powiedział: „ My w Polsce musimy się tłumaczyć, że nie jesteśmy antysemitami. Jeśli nie będziemy się przed tym bronić, to kolejne pokolenia nie będą miały szans. Będą miały przypisane wszystkie cechy, jakie przypisywała im komuna”

 

Przeczytał też fragment wypowiedzi osoby opublikowanej w książce wydanej w 1999 roku przez Stowarzyszenie Żydów, Kombatantów i Poszkodowanych w II Wojnie Światowej pod redakcją Mariana Turskiego – byłego członka PZPR i redaktora jej organu – tygodnika „Polityka” pt. „Losy żydowskie. Świadectwo żywych”.

 

„Po zmianie ustroju w 1989 roku w Polsce popadłem ponownie w lęki i rozdwojenie jaźni. Żyję jak Żydzi w czasie okupacji na aryjskich papierach. Nie ujawniam swego pochodzenia. Przyczyną jest legalizacja partii skrajnie nacjonalistycznych, głoszących oficjalnie antysemityzm. Uznano za bohaterów narodowych żydobójców spod znaku NSZ (...) Obecnie coraz częściej czuję lęk przed zwycięstwem prawicy nacjonalistycznej. W ogóle czuję się dziś tak, jak w punkcie wyjścia niniejszych wspomnień, kiedy to chłoptasie z Hitlerjugend, SS i różnych Sonderkommando, zaczynali swoje dzieło wprowadzenia w okupowanej Polsce nowego ładu w Europie.”

 

„Życzę Państwu, żebyście w takiej Polsce nie żyli, ale żebyście wiedzieli też, na co idą wasze podatki, bo to są książki w dużej mierze dotowane, które są częściowo lekturami szkolnymi. Więc, jak przyjdą wasi wnukowie i zapytają „Dlaczego ci chłoptasie biegali razem z Hitlerjugend”, to musicie wiedzieć, co odpowiedzieć, bo szkoła dzisiaj nie uczy i nie wychowuje” – zakończył Żebrowski.

 

Na spotkanie z Leszkiem Żebrowskim przyszło ponad 100 osób, które wypełniły salę w Muzeum Niepodległości. Na widowni zasiadła m.in. Zofia Pogonowska – sanitariuszka NSZ na Kielecczyźnie, w Zagnańsku – tam, gdzie sformowano Brygadę Świętokrzyską, która przez wiele lat okresu PRL przebywała na emigracji w Szwecji.

 

Relację przygotowali: Margotte i Piotr Mazurek.

 

Źródło: wpolityce.pl