Artykuł dra Kazimierza Gluzińskiego pt. "Nielegalnym... Pokłosie procesu N.S.Z.", który ukazał się w „Expressie” w Monachium 27.03.1948, s. 3-5.

Słowa więzną w gardle, łzy cisną się do oczu. Dłonie samowolnie zwierają się w pięści. Niszczycielska działalność sowieckiego NKWD i zaprzedanych okupantowi płatnych pachołków Rosji (PPR) pozbawia wolności, a nawet życia, najlepszych synów Polski, dławiąc ponadto ich godność zbrodniczymi rękami bizantyjskich satrapów.

 

To wszystko nazywa się niezależnym sądem wolnej Rzeczypospolitej Polskiej, coś w istocie swej nie odbiega od niecnych praktyk, dobrze nam znanych, niemieckich sądów policyjnych w okupowanej Polsce. Na ławie oskarżonych według przewodu sądowego, znaleźli się nie tylko bezpośredni oskarżeni, ale i reprezentowane przez nich organizacje: Obóz Narodowo Radykalny (ONR), Organizacja Polska (OP), oraz Narodowe Siły Zbrojne (NSZ).

 

Zarzuca się im:
- działalność nielegalną,
- mordy bratobójcze,
- zdradę państwa, popełnioną przez współpracę z niemieckim okupantem.

 

Nie pragnę tych zarzutów zbywać demagogicznym zwrotem, że oskarżenia wroga są najwyższą pochwałą, a chyba bezspornym jest faktem, że Rosja sowiecka i jej komunizm są wrogami Polski. Odpowiem na te zarzuty tak, jak by mogli i chcieli z pewnością odpowiedzieć oskarżeni, gdyby nie znajdowali się pod policyjnym sądem sowieckim, ale gdyby prawdy dowiedzieć się chciała w wolnej Polsce rzetelna opinia publiczna.

 

Działalność „nielegalna”

 

A więc najpierw zarzut działalności nielegalnej. Mógłbym go pominąć, gdyż jasne jest dla każdego, że zarówno w okresie okupacji niemieckiej, jak i obecnie w czasie okupacji sowieckiej, każda działalność patriotyczna, zmierzająca do odzyskania niepodległości musiała być nielegalną. Zatrzymam się jednak nad tym zarzutem z innych powodów. Otóż ten zarzut braku legalizmu w stosunku do oskarżonego środowiska politycznego wysuwany był nie tylko przez okupanta niemieckiego i sowieckiego. Nie mniej często słyszało się go ze strony polskich politycznych ośrodków działania. Potomni nie dadzą temu wiary.

 

Czyż żołnierz polski, przelewający swą krew w walce ze wspólnym wrogiem Ojczyzny, – uczony, ślęczący nad wykuciem przyszłego ustroju Polski, – drukarz , składający tajne czasopisma, – kolporter i wielu innych, mogli być traktowani we wspólnej walce podziemnej gorzej jako „nielegalni”, tylko dlatego, że nie posiadali oficjalnego namaszczenia działającego na emigracji rządu polskiego lub czynników oficjalnych w Kraju?

 

A jednak tak było. Tak jest dotychczas! Nie zamierzam z tego tytułu nikomu dzisiaj czynić zarzutów. Tym więcej jednak pragnę wydobyć na światło dzienne szlachetne blaski czystego kruszcu, jakim pod znakami Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ), Służby Cywilnej Narodu (SCN) oraz Obozu Narodowego (ON), jaśniały patriotyzm, ofiarność i poświęcenie szerokich rzesz Narodu Polskiego. Jutro może przemówi w tej sprawie opinia publiczna wolnej Polski. Dziś już głos zabrać może historia.

 

 


 

 

Z końcem roku 1939 i w początkach roku 1940 powstawać zaczęły, jak grzyby po deszczu, liczne organizacje niepodległościowe, wojskowe i polityczne. Ilość ich była objawem powszechności hasła walki z okupantem. Przewlekająca się wojna, brak środków materialnych oraz głębszych postaw ideowych, znalazły swój wyraz w ogólnej tendencji scalania się powstałych drobnych organizacji w większe bloki.

 

W tym samym czasie grono działaczy politycznych, skupionych w ramach przedwojennego Obozu Narodowo Radykalnego (ONR), powołało do życia organizację wojskową pod nazwą „Związek Jaszczurczy”, podbudowując ją pionem prac cywilnych, zwanym wówczas „Komisariatem Cywilnym”. Organem prasowym organizacji już wtedy stał się „Szaniec”, którego pierwszy powielaczowy numer ukazał się w październiku 1939 roku. Od nazwy pisma poczęto odtąd całe środowisko polityczne nazywać „Grupą Szańca” lub „Ludźmi z Szańca”. Nazwa „Związek Jaszczurczy” zaczerpnięta została z czasów historycznego związku miast Pomorskich przeciw Krzyżakom (1397 rok).

 

Zagadnienie „legalizmu” podówczas nie grało jeszcze żadnej roli. Wiedziano jedynie, że we Francji powstał rząd polski, a w Kraju stworzona została organizacja pod nazwą „Związek Walki Zbrojnej” (ZWZ), posiadającą jakieś „legalne” uprawnienia, nie wiadomo jak rozległe i od kogo czerpane. Jednocześnie czynne było środowisko polityczne, reprezentowane przez Ryszarda Swiętochowskiego, Drewnowskiego, Sławinskiego i Szpotańskiego, legitymujące się mandatem reprezentowania premiera i naczelnego wodza gen. Sikorskiego.

 

Stopniowo zagadnienie „legalizmu” zaczęło przybierać na wadze. W lipcu 1940, już po upadku Francji, pojawił się w Warszawie pułk. Skropobaty-Jakubowski z pełnomocnictwami rządu polskiego w Angers, a w październiku tegoż roku mianowany został pierwszy delegat rządu w osobie byłego prezydenta Poznania, Cyryla Ratajskiego. Rząd polski przeniósł się do Londynu i oparł swą władzę na kluczu partyjnym tych czterech stronnictw, które przewrót majowy z roku 1926 pozbawił głosu. Były to: Stronnictwo Narodowe, Stronnictwo Pracy, Stronnictwo Ludowe i Polska Partia Socjalistyczna.

 

Stworzona podówczas Rada Narodowa w Londynie oparła swój skład na trzonie tej samej tzw. popularnie „grubej czwórki”, poszerzając ją o szereg osób indywidualnie zaproszonych. Delegat rządu na Kraj postanowił oprzeć swą działalność na instytucji zwanej później „Radą Jedności Narodowej”, a złożonej z przedstawicieli „grubej czwórki”.

 

W ciągu 1940 roku prowadziłem z ramienia kierownictwa „Grupy Szańca” szereg rozmów, które wyjaśniały nam coraz bardziej zagadnienie „legalizmu”. W zamian za uznanie monopolu „grubej czwórki” w Londynie i Warszawie, wolno było prowadzić działalność przeciw okupantowi, nielegalną oczywiście z punktu widzenia okupanta, ale „legalną” wobec „czynników miarodajnych” polskich, jak je wtedy nazywano. Korzyścią dodatkową i to nie małą, były zasiłki finansowe zarówno dla „legalnej” organizacji, jak i osób zatrudnionych w instytucjach urzędowych, jak Delegatura Rządu lub ZWZ.

 

Przyznaję, że byłem podówczas wręcz przytłoczony taką interpretacją „legalizmu”. Wynikało z tego, że walka z okupantem wymagała niejako koncesji „grubej czwórki”, a brak tej koncesji powoduje odcięcie wszelkiej pomocy materialnej i moralnej ze strony polskich czynników rządowych, co więcej – postawienia poza nawias polskiego frontu walki.

 

Uzyskanie „koncesji legalizmu” stawało się w takim ujęciu wynikiem przetargu w myśl kupieckiej zasady: „do ut des”. Jakże daleko odbiegało to od naszego idealistycznego podejścia do życia publicznego i zasad wspólnej walki z okupantem. Przytoczę na to dwa niezmiernie charakterystyczne dowody.

 

W marcu 1940 postanowiliśmy przekazać rządowi gen. Sikorskiego deklarację naszego stosunku do tegoż rządu. Zostałem upoważniony do odwiedzenia ówczesnego czynnika oficjalnego, za jaki, w braku Delegata Rządu, uważaliśmy środowisko Swiętochowskiego, Sławińskiego i Szpotańskiego. W czasie rozmowy złożyłem Sławińskiemu oświadczenie nasze na piśmie. Brzmiało ono w streszczeniu jak następuje: „Podpisane środowisko polityczne, dysponujące podporządkowanymi mu organizacjami walki z okupantem, uznaje rząd polski gen. Sikorskiego za jedyny właściwy rząd polski, zapewniający państwu polskiemu ciągłość prawną. W związku z tym podpisane środowisko polityczne deklaruje pełne poparcie działalności rządu aż do chwili, w której w niepodległej Polsce zapanuje ład i porządek prawny”.

 

Sławiński odebrał deklarację i zobowiązał się przekazać ją gen. Sikorskiemu, co w istocie się stało. Przy pożegnaniu uścisnął serdecznie mi dłoń i rzekł: „Proszę swym przyjaciołom wyrazić mój szczery podziw i uznanie. Wiem, że do składu rządu gen. Sikorskiego macie zastrzeżenia, a jednak deklarujecie mu poparcie, nawet na okres powojenny, choć nie macie na politykę rządu wpływu”.

 

W październiku 1940 roku zostałem przyjęty, wraz z jednym z przyjaciół politycznych, po raz pierwszy przez Delegata Rządu Cyryla Ratajskiego. Po dokonaniu przedstawienia reprezentowanego przez nas środowiska politycznego i nas samych, wysłuchaliśmy expose Delegata Rządu na temat jego planów zorganizowania Delegatury Rządu, oraz politycznego oparcia jej na organie doradczym, złożonym ze stronnictw „grubej czwórki”. W dłuższym wywodzie usiłował Delegat Rządu osłodzić nam decyzję odsunięcia naszego środowiska od politycznego wpływu na bieg prac Delegatury Rządu.

 

Zaznajomiłem wówczas Delegata Rządu krótko z treścią naszej deklaracji przesłanej gen. Sikorskiemu i zawiadomiłem, że od szeregu miesięcy stoję na czele naszych prac cywilnych w organizacji czynnej pod nazwą „Komisariat Cywilny”. „Deklaracja nasza wobec rządu w Londynie nie jest czczym frazesem, Panie Prezydencie – rzekłem, – proszę dysponować zarówno składem osobowym ‘Komisariatu Cywilnego’ jak i jego dotychczasowym dorobkiem programowym. Jeżeli to Panu Prezydentowi odpowiada, będę oczekiwał decyzji celem omówienia techniki scalenia naszych wysiłków”.

 

Na twarzy Delegata odmalowało się zdziwienie. W chwilę później rzekł tonem zdradzającym wzruszenie: „Trzymam rękę szlachetnego Polaka. Bądźcie spokojni, Polska uzna kiedyś waszą karność i bezinteresowność”. Nie raz później, gdy byliśmy przedmiotem ataków za nasz brak „legalizmu”, dźwięczały mi w uszach jak paradoks, szlachetne słowa Delegata Rządu.

 

Nikt nigdy nie skorzystał z naszej oferty. Po latach „Komisariat Cywilny” zmienił nazwę na „Służba Cywilna Narodu” i skupił kilka tysięcy wybitnych fachowców z całej Polski, osiągając w niektórych dziedzinach wręcz monopolistyczne stanowisko. Dopiero w grudniu 1942 roku, Delegat Rządu, prof. Piekałkiewicz przyznał, że przeciw dopuszczeniu naszych fachowców do Delegatury Rządu były obiekcje natury politycznej, gdyż obawiano się naszego wpływu na bieg i kierunek prac.

 

Dziś, po latach, problem „legalizmu” NSZ i SCN stał się jasny. Czynniki oficjalne, a więc Delegaci Rządu, gen. Bór-Komorowski, niewątpliwie rozumieli korzyści wynikające dla sprawy polskiej z zalegalizowania tych organizacji. Na przeszkodzie stały zaplecza polityczne. W procesie Kasznicy i jego towarzyszy świadek Moczarski dawał niedwuznacznie wyraz swym obawom, związanym z kurczeniem się wpływów „demokratycznych” w BIP-ie (politycznej władzy AK), na skutek dołączenia grup „reakcyjnych”.

 

W Delegaturze Rządu „demokraci” mieli również swą sferę poważnych wpływów. Dość wymienić szefa departamentu oświaty Delegatury Rządu, Wycecha, późniejszego i obecnego Ministra tegoż resortu w rządzie „warszawskim”.

 

To właśnie były czynniki uniemożliwiające zalegalizowanie NSZ i SCN, oraz ujednolicenie wysiłków w walce z okupantem, a to z obawy, by nie powstał i nie scementował się w oparciu o NSZ i SCN przyszły front antykomunistyczny w Kraju. Natomiast opinii publicznej wmawiano, że to warcholstwo „narodowców” uniemożliwiło legalizację.

 

Opinia polska na emigracji nie reaguje dość krytycznie, dziś nawet jeszcze , na te chwyty „demokratów”. Teraz jeszcze podejmowane są próby ataków na NSZ i ich Brygadę Świętokrzyską, która, przykro rzec, więcej znalazła uznania u amerykańskich aliantów, niż u czynników rządowych polskich na emigracji.

 

Istnienie i rozwój OP, NSZ i SCN za czasów okupacji niemieckiej, to jeden dowód więcej spontanicznej ofiarności i poświęcenia Narodu Polskiego. Zrzuty, które odbierała AK dostarczyły na przestrzeni lat okupacji niemieckiej kilka miliardów złotych oraz wiele broni. Ze zrzutów tych NSZ nie otrzymała nigdy ani grosza, ani marnego pistoletu, czy naboju. Taka była cena braku „legalizmu”, choć chodziło o walkę ze wspólnym wrogiem Ojczyzny.

 

Zrzuty te zastąpiła ofiarność publiczna Narodu Polskiego, który wszystkie organizacje tzw. Grupy „Szańca” uznał za wyraz swych dążeń. Ona to pozwoliła na rozprzestrzenianie się NSZ po całej Polsce w liczbie 100 000 ludzi, na współdziałanie kilku tysięcy fachowców w SCN , na prowadzenie wielkiej organizacji robotniczej pod nazwą „Załoga”, jak również organizacji włościańskiej, zwanej „Zydel”, (anagram z inicjałów Z.D.L. – Związek Działaczy Ludowych) a wreszcie na szeroką działalność propagandową, która w oparciu o kilka wielkich drukarń, rozprowadzała po Kraju około 70 periodyków, nie licząc broszur propagandowych.

 

Z tych funduszów wreszcie powstało znane „Biuro Fałszerstw”, dysponujące pierwszorzędnym urządzeniem fotokopijnym, kliszarnią, itp. Owe „biuro fałszerstw”, zgodnie z ideologicznymi założeniami całej grupy „Szańca”, zaopatrywało w przeróżne dokumenty wszystkich zagrożonych Polaków, bez względu na ich przekonania polityczne.

 

Przytłaczająca większość ludzi czynnych w organizacjach związanych w grupie „Szańca”, pracowała nie tylko bezinteresownie, lecz nawet w miarę możności ponosiła jeszcze świadczenia finansowe na rzecz organizacji. Nic więc dziwnego, że próby kruszenia tych szeregów przez branie ich na wędkę „legalizmu” innych organizacji polskich, lub nawet kuszenie ich korzyściami materialnymi, dawały nader nikłe wyniki, nie przynosząc ponadto zaszczytu „akwizytorom”.

 

Taka była odpowiedź polskiej opinii publicznej na brak „legalizmu” grupy „Szańca”. Wierzymy, że tak również do jej działalności ustosunkuje się ta opinia w wolnej już Polsce.

 

 


 

 

Tragizm ofiar procesu warszawskiego tkwi, mimo wszystko, w zarzucanym im przez sąd braku „legalizmu”, ale z innych przyczyn niż to ujmuje akt oskarżenia. Będąc najlepszymi synami Polski, oddawszy tej Polsce wiele lat żmudnej pracy, przeszli prawdziwą gehennę „nielegalności”. Młodość spędzili w nielegalnym przed wojną ONR, lata dojrzałe w nielegalnym NSZ, a życia dokonają na skutek ... nielegalnego sądu jałtańskiego.

 

Drugim z kolei zarzutem, podniesionym przez akt oskarżenia w stosunku do Stanisława Kasznicy i jego towarzyszy, jest zarzut dokonywania mordów bratobójczych. Zarzut ten wiąże się z całokształtem polityki Rosji sowieckiej, jej dążeń imperialistycznych i rozkładowych, z działalnością sowieckich agentur w Polsce, jak Polska Partia Robotnicza (PPR) i Armia Ludowa (AL), a wreszcie z oceną stosunku środowisk polskich do niebezpieczeństwa sowieckiego i komunistycznego podczas okupacji niemieckiej. Wyświetlenie tych spraw będzie tematem niniejszej, drugiej części mego artykułu.

 

„Mordy bratobójcze”

 

Na tydzień przed uderzeniem Niemiec hitlerowskich na Polskę w dniu 24 sierpnia 1939 roku podpisany został znany dziś powszechnie układ Mołotow-Ribbentrop, który zadecydował o rozbiorze Polski przez Niemcy i Rosję.

 

W wykonaniu tego układu istotnie wojska sowieckie przekroczyły 17 września 1939 roku granice Polski, „zabezpieczając” pod swą władzą przeszło połowę państwa polskiego. Ziemie te, jak wiemy, zajęte zostały nie tylko czasowo, lecz okupowane są po dziś dzień przez Rosję Sowiecką. „Zabezpieczenie” tych ziem żywo przypomina argumenty „szabrowników”, którzy przecież również twierdzili, że nie rabują cudzego mienia, lecz je jedynie zabezpieczają.

 

W ten sposób historia wzbogaciła się o jeszcze jedno niebywałe zjawisko. Polska, a więc państwo wchodzące w skład Narodów Zjednoczonych i zwycięskich, straciła na rzecz drugiego państwa zwycięskiego, z którym nie była w ogóle w stanie wojny, przeszło połowę
swego terytorium. Właściwie we wrześniu 1939 roku winno było stać się jasnym każdemu Polakowi, że znajdujemy w potrzasku pomiędzy dwoma śmiertelnymi wrogami Polski – Niemcami i Rosją.

 

Niestety jednak w części Polski, okupowanej przez Niemców, wspaniałej postawie organizacyjnej podziemnych wobec Niemców, nie odpowiadało właściwe zrozumienie niebezpieczeństwa sowieckiego. Zwłaszcza od roku 1941, gdy wybuchła wojna rosyjsko-niemiecka, opinia polska w stosunku do Rosji sowieckiej uległa zupełnemu rozszczepieniu.

 

Jedni, pod wrażeniem siły uderzenia niemieckiego sądzili, że podobnie jak Rosja carska, tak i Rosja sowiecka padnie pod ciosami Rzeszy Niemieckiej. Drudzy gotowi byli dać wiarę podszeptom, przenikającym z Wielkiej Brytanii, że Rosja to rzeczywisty sojusznik nie tylko Anglii, ale i Polski. Pakt Sikorski-Stalin, zawarty w roku 1941, usypiał opinię polską. Byli wreszcie i tacy, którzy godzili się z istnieniem nadal niebezpieczeństwa sowieckiego, ale do walki z nim pragnęli podchodzić w rękawiczkach.

 

Do chwili wybuchu wojny rosyjsko-niemieckiej, stosunek agentów sowieckich w Polsce był do Niemców zdecydowanie przychylny. Komuniści oddali się na usługi Gestapo i wyłapywali członków polskiego ruchu oporu sprawniej niż gestapowcy, gdyż łatwiej im było wkradać się w zaufanie ludności polskiej. Pierwsze przebłyski działania antyniemieckiego podejmuje Rosja dopiero po wejściu w stan wojny z Niemcami. Dopiero bowiem 5 stycznia 1942 roku powstaje w Polsce P.P.R., tak jakby Polska od 2½ lat nie prowadziła walki na śmierć i życie z najeźdźcą hitlerowskim.

 

Wkrótce później zawiązują się pierwsze szeregi Gwardii Ludowej (GL), która przybrała potem nazwę Armii Ludowej (AL). Instrukcje udzielane PPR i AL przez Rosję sowiecką były wyraźne:
- Do chwili przybliżenia się frontu sowieckiego unikać starć z Niemcami i szerszej akcji sabotażowej.
- Podburzać naród polski do wczesnego wybuchu powstania, celem zaszkodzenia polskimi rękami Niemcom, ale przede wszystkim celem wykrwawienia Polaków.
- Dokonywać napadów prowokacyjnych, celem sprowadzenia na ludność polską, zwłaszcza wiejską, represji niemieckich. Z biegiem czasu miało to doprowadzić ludność polską do aktów rozpaczy i wybuchu powstania.

 

Toteż aż do końca 1944 roku działalność PPR i AL rozwijała się według podanego wyżej programu. Wszyscy, którzy pracowali w terenie lub brali udział w polskich oddziałach partyzanckich, byli tego świadkami.

 

A czyż mieszkańcy Warszawy nie przypominają sobie sowieckich nalotów terrorystycznych w latach 1942 i 1943, w czasie których samoloty sowieckie omijały skrzętnie dzielnice niemieckie i hasały nad dzielnicami polskimi mordując ludność polską?

 

Zasługą twórców NSZ było, że od pierwszej chwili działania mieli oczy zwrócone na oba niebezpieczeństwa, grożące Polsce: niemieckie i sowieckie. Stanowisko kierownictwa politycznego NSZ w stosunku do Niemiec i Rosji sowieckiej da się ująć w następujących punktach:
- Każda siła zbrojna, oraz każda obca agentura, znajdująca się na terenie Polski wbrew woli i interesom Narodu Polskiego, jest Polsce wroga i należy ją zwalczać.
- Do chwili wybuchu wojny rosyjsko-niemieckiej, ściślej – do chwili klęski Niemiec pod Stalingradem, wrogiem Nr. 1 były Niemcy.
- Od chwili załamania się agresji niemieckiej armii na wschodzie Niemcy były przegrane, a klęska ostateczna była tylko kwestią czasu. Natomiast niebezpieczeństwo sowieckie narastało, a równoważenie siły sowieckiej przez Aliantów – było wątpliwe. Od tej chwili wyszły rozkazy, by uważać Rosję sowiecką za wroga Nr. 1, a Niemcy za wroga Nr. 2.
- W interesie Polski było jak najdalej idące wzajemne wyniszczenie się Niemiec i Rosji sowieckiej. W związku z tym udział formacji wojskowych polskich na froncie wschodnim, lub na terenach przy frontowych, uważany był za sprzeczny z interesem Polski.

 

Rozumieliśmy dobrze, że takiego stanowiska wobec Niemiec i Rosji, choć je dyktował wyłączny interes Polski, nie będzie mógł zająć Rząd Polski w Londynie, ani Naczelne Dowództwo Wojsk Polskich. Udało się wprawdzie zręcznie wymanewrować armię gen. Andersa z udziału w walkach na froncie rosyjskim, niemniej czynniki decydujące o walce podziemnej w Kraju, postanowiły ujawnienie się Armii Krajowej i współdziałanie jej z Rosją sowiecką przeciw Niemcom, jak również wywołały powstanie warszawskie.

 

Dziś jeszcze niedobitki AK ze wschodnich dzielnic Polski dokonują swego żywota w „łagrach” sowieckich, a spalona Warszawa przestała być nie tylko ośrodkiem oporu przeciw Niemcom, ale, co dziś się odczuwa jeszcze bardziej, nie stała się kuźnią przyszłej walnej rozprawy z komuną i Rosją sowiecką.

 

Począwszy od roku 1942 Rosja sowiecka rozsnuła po całej Polsce sieć swych agentów, dosłanych bądź w charakterze zrzutów, bądź też szkolonych w Polsce. Byliśmy świadomi, że każdy z tych agentów kosztować będzie wiele istnień patriotów polskich w chwili, gdy Rosja sowiecka owładnie terenami Polski. Wiedzieliśmy też, że szkolenie takich agentów nie jest łatwe i trwa nieraz lata, zanim w obcym dla siebie środowisku rozpakuje należycie swe manatki. Dlatego też w poczuciu grożącego Polsce niebezpieczeństwa zdecydowaliśmy się systematycznie likwidować tych agentów.

 

Za decyzje te wzięliśmy wobec polskiej opinii publicznej w przyszłej Polsce pełną odpowiedzialność i nie będziemy się od niej uchylać. Żałować jedynie należy, że byliśmy jedynym polskim środowiskiem, które taką decyzję powzięło. Może w innym wypadku, gdyby walka z agenturą Rosji sowieckiej i komuny była bardziej powszechna, dzisiejsza działalność NKWD w Polsce nie byłaby tak ułatwiona.

 

Oto geneza sądów kapturowych i „trójek” wykonywających ich wyroki, o których wspomniał akt oskarżenia w ostatnim procesie NSZ.

 

Każda sprawa rozpatrywana była dokładnie i z należytą ostrożnością, dla uniknięcia omyłki. Stwierdzenie jednak nici wiodących do Moskwy, wraz ze stwierdzeniem tropienia przez agenta środowisk polskich – przesądzało niechybnie jego likwidację. W tej sytuacji brak „legalizmu” ułatwiał NSZ zadanie. Przejrzeliśmy wcześniej, niż inni atuty Rosji sowieckiej i do granic możliwości postanowiliśmy je dla Polski zniszczyć.

 

Rozumiem dobrze, że bratnia organizacja Narodowych Sił Zbrojnych, jaką była Armia Krajowa, była krępowana względami oficjalnej polityki brytyjskiej. Czyż jednak względy te musiały być posunięte tak daleko, by oficjalny organ AK, „Biuletyn Informacyjny”, ogłaszał potępienie NSZ za bitwę pod Borowem, w czasie której zniszczono specjalnie bestialską i znienawidzoną przez ludność wsi polskiej bandę AL?

 

Po bitwie pod Rząbcem, dnia 9 września 1944, gdzie Brygada Świętokrzyska zniszczyła wymierzoną przeciw niej koncentrację oddziałów AL, wpadło w ręce tej Brygady przebogate archiwum komunistyczne. Czytałem wówczas instrukcje, rozkazy i odezwy, nakazujące likwidację „faszystów” z AK, aczkolwiek podówczas w AK obowiązywał zakaz atakowania AL.

 

W Raszkowie (kieleckie) byłem na uroczystym pogrzebie trzech żołnierzy AK, zamordowanych podstępnie przez AL, choć jedynie wracali spokojnie z urlopu do swojego oddziału. A czyż po zajęciu Polski przez Rosjan nie rozpoczęło się tępienie „bandytów faszystowskiej AK” na równi z „bandytami NSZ”? Wszak najlepsi dowódcy oddziałów AK z czasów okupacji niemieckiej (Andrzej, Marcin, Warta i in.) poginęli w kazamatach AL.

 

Tego sąd warszawski nie nazwie walką bratobójczą! Natomiast pragnie „braćmi” naszymi nazwać płatnych przez Moskwę agentów sowieckich i komunistycznych, torujących Polsce drogę do niewoli. Takiemu „bratu” zawsze każdy Polak z pełnym uzasadnieniem będzie palił w łeb, po myśli choćby starej piosenki warszawskiej z czasów powstania styczniowego:
„Ktoby twierdził, że Moskale
to są bracia nas Lechitów,
temu pierwszy w łeb wypalę
przed kościołem Karmelitów”.

 

Nie jestem pesymistą. Wierzę, że przyjdzie czas, gdy naród polski i rosyjski potrafi się porozumieć. Zniknąć jednak muszą przedtem imperialistyczne zakusy białych, czy czerwonych carów, a zwłaszcza rosyjskie nieprzedawnione marzenie o odtworzeniu „Prywiślinja”.

 

„Współpraca z Niemcami”

 

Trzecim najcięższym zarzutem oskarżenia, skierowanym przeciw Kasznicy i towarzyszom oraz NSZ, był zarzut zdrady narodowej przez współpracę z Niemcami. Zarzut ten był sformułowany w celu trwałego niewątpliwie zniesławienia oskarżonych, oraz reprezentowanych przez nich organizacji.

 

Daleki jestem od chęci polemizowania z agentami rosyjskimi, zwących się tym razem polskim „sądem”, szczególnie w tak czysto naszych polskich sprawach. Jeżeli na tematy te piszę, robię to wyłącznie z pragnienia wskazania szerokim rzeszom polskich źródeł tych zarzutów i ich istotnych przyczyn.

 

Walka organizacji podziemnych z okupantem prowadzona była zasadniczo w dwóch pionach: politycznym i wojskowym. Zadaniem pionu politycznego było: konkretyzowanie dokładnego celu walki w każdej jej fazie – tak w bieżącej chwili, jak i na dłuższą metę; wzmacnianie własnych szeregów przez ich polityczne uświadamianie oraz osłabianie szeregów wroga przez sianie wśród nich niewiary w zwycięstwo; wreszcie – odgórne kontakty z innymi ośrodkami walki z wrogiem. Zadaniem pionu wojskowego było fizyczne zwalczanie wroga według wskazań, wypracowanych przez pion polityczny. Obu pionom służył szeroki aparat techniczny, w ramach którego wywiad grał niezmiernie istotną rolę.

 

Należy stwierdzić wyraźnie, że kontakty polityczne z wrogiem mogą być podejmowane wyłącznie na najwyższym szczeblu państwowym. Podejmowane przez jakiekolwiek inne czynniki, choćby w najlepszej wierze i intencjach, kryją w sobie ogromne ryzyko zarzutu zdrady narodowej. Kontakty wojskowe z wrogiem przeciw własnym siłom zbrojnym są oczywistą zdradą narodu. Natomiast kontakty wywiadu z wrogiem nie są nie tylko żadną zdradą, ale są oczywistą koniecznością.

 

Ktokolwiek jako tako obeznany z pracami wywiadu, wie dobrze, że spełnienie przez wywiad roli w należyty sposób bez posiadania wtyczek i kontaktów w organizacji wroga, a szczególnie w jego wywiadzie, policji, itp., jest nie do pomyślenia. Wtyczkami tymi są w pierwszym rzędzie ludzie właśni, jest jednak szczególnie korzystne używanie do tego celu ludzi wroga (zmniejszone ryzyko narażania ludzi własnych).

 

Odróżnić również należy współdziałanie z wrogiem od zbieżności działania. Współdziałanie jest bowiem niewątpliwie wynikiem uprzedniej umowy. Zbieżność działania jest wynikiem racji stanu własnego narodu, która w pewnych okresach, wycinkowo, może pokrywać się z racją stanu wroga.

 

Po ustaleniu w ten sposób naszych poglądów co do zasad, na których winna się opierać zewnętrzna działalność ośrodków oporu, przechodzę do odpowiedzi na podstawowe pytanie: jak to było właściwie z tą „kolaboracją” NSZ? Otóż stwierdzam, że nigdy nie było żadnej współpracy politycznej, czy wojskowej NSZ z Niemcami, czy Rosją. Natomiast kontakty wywiadowcze zarówno z Niemcami, jak i z Rosją były. Jako przewodniczący Rady Politycznej NSZ stwierdzić mogę, że nie prowadziłem nigdy rozmów bezpośrednich czy pośrednich z jakimkolwiek ośrodkiem wroga (niemieckim czy rosyjskim). Jest mi również dobrze wiadomo, że nikt z członków Rady politycznej NSZ nigdy rozmów z Niemcami czy Rosjanami nie prowadził. Wiedzieliśmy natomiast o kontaktach naszego wywiadu z czynnikami niemieckimi czy rosyjskimi, szczególnie z wywiadem, kontrwywiadem i policją. Z kontaktów tych mieliśmy stałe sprawozdania.

 

Jest rzeczą szeroko dziś wiadomą, jak potężnym i sprawnie działającym aparatem był wywiad NSZ. Opierając się na szerokich kadrach niezwykle ideowych ludzi, całkowicie oddanych sprawie, dokazywał prawdziwych majstersztyków. Sferom fachowym polskim, angielskim, czy amerykańskim sprawy te są od początku wojny dobrze znane. Nie pora jeszcze, ani miejsce na ujawnianie szczegółów. Najlepszym jednak dowodem jak ogromną wagę przywiązywali Niemcy do walki z NSZ (w pierwszej części wojny z wywiadem Związku Jaszczurczego) było utworzenie do zwalczania tego wywiadu już w roku 1941 specjalnego „Sonderkommando ZJ”, istniejącego do samego końca wojny.

 

Cała działalność wywiadu Związku Jaszczurczego, a później NSZ miała miejsce bez pomocy, czy ułatwień czynników oficjalnych, bez grosza dotacji – to też skromny własny budżet, opierający się na ofiarności szerokich mas polskich, trzeba było uzupełniać bardziej szczodrym, niż co mogłoby być w lepszych warunkach materialnych, wydatkiem żyć ludzkich.

 

Stwierdzić również należy, że nie było nigdy pomiędzy NSZ a Niemcami, czy Rosją żadnego współdziałania, natomiast nieraz zdarzać się musiały wypadki zbieżności działania. Jak wspomniałem w części pierwszej mego artykułu, kierownictwo polityczne NSZ poleciło jednostkom uważać za wroga każdą obcą siłę zbrojną, znajdującą się na terenie Polski, wbrew woli i interesom Narodu Polskiego. Zgodnie z tym poleceniem oddziały NSZ uderzały zarówno na oddziały niemieckie, jak i na „jaczejki” bolszewicko-komunistyczne (regularnych oddziałów Armii Czerwonej, prowadzących walkę z Niemcami, oddziały NSZ miały polecone nie atakować).

 

Było to niewątpliwie zgodne z polską racją stanu, gdyż zarówno Niemcy hitlerowskie, jak i Rosję sowiecką należało traktować jako wrogów Polski. Niedostatecznie zorientowana część opinii polskiej nie zawsze rozumiała to stanowisko. Uważało się za słuszne, że Polska walczyć może jedynie w oparciu o kogoś, a walka na dwa fronty była niezrozumiała.

 

Dlatego też ilekroć oddziały NSZ wchodziły w kontakt bojowy z Niemcami, można było twierdzić o „współpracy” z Rosją, a gdy gromiły bandy-jaczejki sowieckie, można było mówić o „współpracy” z Niemcami. Oczywiście Niemcom nieraz się wydawało, że oddziały NSZ kierują ostrze swego działania przeciwko bolszewikom a nie nim samym, gdyż poza NSZ nikt inny z komunistami podówczas w Polsce nie walczył. Pogląd ten wielokrotnie dawał szerokie pole do wyciągania poważnych korzyści dla sprawy polskiej. Prowadzenie wojny na dwa fronty nie było – rzecz jasna – łatwe. O ileż łatwiejsza, prostsza była taktyka KPP i ZWZ, czy jednak w ostatecznym wyniku okazała się ona korzystniejsza dla sprawy polskiej...?

 

Cechą działalności Kierownictwa Politycznego i Dowództwa była niewątpliwie dalekowzroczność w ocenie Rosji sowieckiej, jako wroga Polski. Ile strat i ciężkich chwil dałoby się naszej ludności w Kraju zaoszczędzić, gdyby pod tym względem front całego polskiego ruchu oporu był jednolity, gdyby – tak jak czyniły NSZ – wszystkie czynniki polskie systematycznie przygotowywały społeczeństwo na moment zbliżającej się sowieckiej okupacji, gdyby rzucone w 1942 roku przez prasę „Szańca” hasło „Pokój z Rosją – walka z kominternem” należycie i właściwie było zrozumiane, a przy tym powszechnie stosowane.

 

NSZ było organizacją dużą – liczyły ponad 100.000 czynnych członków. W odróżnieniu od organizacji kierowanych przez BIP, Narodowe Siły Zbrojne nie posiadały członków należących do organizacji tylko formalnie, na papierze. Ponieważ były „nielegalne” – przynależność do NSZ nie dawała żadnych korzyści – to też cały element markujący jedynie pracę podziemną, w innych organizacjach szukał wyżycia. Wywiad NSZ liczył wiele setek ludzi – wiele tysięcy liczyła partyzantka NSZ, setki pracowały w akcjach specjalnych (AS), setki zatrudniała skomplikowana administracja, wyszkolenie, propaganda...

 

Jak wyglądała „współpraca” z Niemcami najlepiej wiedzą te tysiące i dziesiątki tysięcy enezetowców – wiedzą żołnierze z oddziałów leśnych, czy AS-ów, bijący Niemców na każdym kroku i przy każdej okoliczności i ... sami bici. Wiedzą żołnierze Brygady Świętokrzyskiej, która w ciągu tylko ostatniego półrocza walk w Kraju zniszczyła ponad 500 Niemców i mniej więcej tę samą ilość członków band komunistyczno-bolszewickich. Wiedzą kierowniczki poszczególnych komórek opieki więziennej – wiedzą wszyscy ci, których ciężki los zaprowadził do obozu koncentracyjnego, ilu spotkali tam kolegów z NSZ.

 

I wreszcie jak wyglądała „współpraca” NSZ z Niemcami świadczyć może olbrzymia lista strat członków całej Grupy „Szańca” z NSZ włącznie. Z pośród samego kierownictwa politycznego zginęło ponad 60 procent w bezpośrednich starciach, w niemieckich więzieniach i w obozach koncentracyjnych.

 

Skąd wobec tego, wobec tak oczywistych faktów i to faktów znanych powszechnie w całej Polsce, a w dużym stopniu nie obcych polskim masom na emigracji, mogły powstać tego rodzaju zarzuty? Skąd mogą się one powtarzać tak uporczywie, jakby istniały czynniki, którym ponad wszystko zależy, aby duch, który zrodził NSZ nie miał najmniejszego wpływu na kształtowanie się polskiej myśli politycznej, do czego całą swą taktyką, swym postępowaniem w okresie wojny, oraz szerokim poparciem w masach krajowych, NSZ byłby w pełni predestynowane. Źródła całej oszczerczej kampanii przeciw organizacjom, które wyłoniły NSZ, należy szukać w pierwszym rzędzie w propagandzie Kominternu, czy Politbiura, jak kto woli.

 

Już w 1941 roku Sowiety doskonale się zorientowały jaka jest istotna linia polityczna środowiska, które stworzyło później NSZ, odnośnie Rosji i komunizmu, oraz jaka jest środowiska tego bieżąca taktyka. Zrozumiały, że środowisko to jest jedynym czynnikiem polskim, którego nie zaślepiło podniecenie walk z Niemcami i które umie spojrzeć poza bieżącą rzeczywistość i dostrzec nowe potworne niebezpieczeństwo grożące Narodowi Polskiemu. Mało tego, umie wyciągnąć logiczne wnioski, a następnie – pomimo, że jest pozbawione jakichkolwiek możliwości materialnych, potrafi z żelazną konsekwencją zasady swoje wprowadzać w życie.

 

To też kiedy NSZ zaraz po klęsce Niemiec pod Stalingradem zaczęły już zupełnie wyraźnie przygotowywać się na moment okupacji sowieckiej, likwidując przyszłych „Volksdeutchów” rosyjskich oraz agentów komuny, Sowiety poczuły się na odcinku polskim zagrożone – zrozumiały, że jeśli akcja ta nabierze cech powszechności jakiekolwiek organizacje komunistyczne (PPR, AL, PAL) na terenie Polski będą wręcz nie do utrzymania. Przystąpiły więc do przeciwdziałania.

 

Poza akcją bezpośrednią, w której wiele cennych jednostek z szeregów NSZ oddało życie, głównym instrumentem działania Moskwy stała się propaganda. Wielu z nas na pewno pamięta te nieustanne audycje radia moskiewskiego na temat bandytów z NSZ oraz współpracy NSZ z Gestapo.

 

Na pewno jednak cała najbardziej przemyślana i perfidna propaganda wroga nie pozostawiłaby nawet cienia śladu po sobie, gdyby do niej niespodziewanie nie przyłączyły się niektóre czynniki polskie. I tu dochodzimy do sedna zagadnienia. Z całą przykrością i bólem muszę stwierdzić, że istniały w Polsce i w dalszym ciągu istnieją i tu na emigracji czynniki polskie, które wiedząc, że jest to nieprawdą, z całą świadomością zarzuty propagandy rosyjskiej przeciw NSZ podchwyciły, rozpowszechniły je i w dalszym ciągu je propagują.

 

Czynniki te w pierwszym rzędzie usiłują, oczywiście wzbudzić podejrzenie, że przecież bez wyraźnej współpracy nie udałoby się np. Brygadzie Świętokrzyskiej z bronią w ręku dojść do środka Czech. Czynników tych, podnoszących tak krzywdzący zarzut, nie stać równocześnie na obiektywne rozpatrzenie okoliczności w jakich to się działo. W owym bowiem okresie czasu nie było już chyba Niemca, który by jeszcze wierzył w możliwość uniknięcia zbliżającej się niechybnej klęski. Nawet Goebbels już chyba wówczas nie wierzył w to, co mówił, czy pisał.

 

Stosunek więc Niemców do Brygady w tym momencie kształtował się po prostu w płaszczyźnie gwałtownie zbliżającej się od wschodu nawały sowieckiej. Tragizm chwili nakazywał im zapomnieć o tym, ilu Niemców na terenie Polski zginęło z ręki żołnierzy Brygady, to też zaczęło im wówczas wystarczać to, że mieli do czynienia z grupą, co do której zdecydowanego nastawienia anty-komunistycznego – nie mieli najmniejszych wątpliwości. Okoliczność ta wówczas całkowicie zadecydowała o ich chwilowym stosunku do Brygady, przyczyniając się zresztą później do wytworzenia pozorów opinii o kolaboracji.

 

Niemcy niewątpliwie liczyli, że ten typ obcego elementu antykomunistycznego, jaki reprezentowała Brygada , na coś może im się przydać. Dowództwo Brygady natomiast zarówno nastroje jak i rachuby niemieckie na stworzenie jakiegoś współdziałającego legionu, zręcznie wykorzystywało, zdecydowane zawsze na walkę do upadłego, a w żadnym razie nie na współdziałanie militarne z niemieckimi oddziałami wojskowymi.

 

Pomimo ciągłych nacisków i prób zlikwidowania siłą, ta linia do końca została zachowana i ani jeden strzał nie padł do nacierających wojsk sowieckich. Natomiast, w chwili zbliżania się do linii frontu amerykańskiego, Brygada rozpoczęła zdecydowane natarcie, zakończone po trzydniowej walce połączeniem sił z oddziałem 3-ciej Armii gen. Pattona.

 

Toteż czynniki te, których nie chcę wymieniać, których postępowanie pozostawiam ocenie polskiej opinii publicznej, kierowały się jednym jedynym względem, a mianowicie, użytecznością tego oszczerstwa w walce politycznej, jaką prowadziły z całą bezwzględnością z NSZ, jedynym niezależnym czynnikiem w polityce polskiej. Doprawdy tego rodzaju postępowanie zaszczytu nie przynosi – jest poza tym niemądre, ponieważ – jak mówi przysłowie polskie – kłamstwo, ma krótkie nogi, a prawda wcześniej czy później na wierzch wypłynie.

 

Jest niemądre i z innych względów – wiąże autorów, w świadomości polskiej opinii publicznej, zbyt mocno z propagandą komunistyczną. Kiedy bowiem koniunktura dawno się już odmieniła i chciałoby się „stanąć na czele” szeregów polskich, walczących z Rosją sowiecką, jakże trudno jest wytłumaczyć masom polskim, że się było zawsze wrogiem sowieckiej Rosji.

 

Postępowanie takie jest również i mało skuteczne, gdyż NSZ obecnie jako zorganizowany zespół nie istnieje ani w Kraju, ani na emigracji, natomiast bardzo licznych zwolenników posiadają we wszystkich ugrupowaniach politycznych, i po obu stronach żelaznej kurtyny.

 


 

 

Cień szubienicy zawisł nad skazanymi na śmierć Stanisławem Kasznicą i Lechem Neymanem. Powróz, na którym zawisną ich ciała, oplatał już szyje wielu bojowników o niepodległość Polski. W chwili wykonywania wyroku towarzyszyć im będą dusze Traugutta, Jeziorańskiego i wielu innych, których Polska z czcią sławi.

 

Pomimo wszystkich wysiłków wroga, pamięć ich wsławiona ofiarną, niestrudzoną, pełną całkowitego poświęcenia i oddania się pracą dla Ojczyzny, oraz walka bohaterska o Polskę, a opromieniona śmiercią dla Sprawy, pozostanie w Narodzie Polskim na wieki wśród Jego najcenniejszych Pamiątek. Pozostanie ponad łzy ich najbliższych czystszą, ponad śnieg bielszą ...

 

Dr Kazimierz Gluziński

 

Źródło: Kazimierz Gluziński, Nielegalnym... Pokłosie Procesu N.S.Z., „Express”, Monachium, 27.03.1948, s. 3-5