Czy polski robotnik roku 2007 jest komunistą-stalinistą? Czy tęskni do milicjanta, który był jego "obrońcą i przyjacielem"? Czy nienawidzi "bandytów z NSZ"? Czy nienawidzi USA i ONZ? Czy marzy o sklepach "Społem", gdzie był obsługiwany "uprzejmie i szybko"? Czy chciałby powrotu kontyngentów ("obowiązkowych dostaw") na wsi? Czy śni o sojuszu ze Związkiem Sowieckim, o "wiecznie żywym" Leninie? Dlaczego państwowa instytucja, Muzeum Plakatu w Wilanowie, wydaje - we współpracy z jakimś krakowskim, mało znanym wydawnictwem - zbiór ohydnych propagandowych polsowieckich plakatów jako "Kalendarz robotniczy 2007"?!

Takie plakaty o "bandytach", "zaplutych karłach" i "wrogach", którzy "nie śpią", spotykamy na wystawach historycznych. Tam jednak są one pokazane jako relikty polsowietyzmu i odpowiednio objaśnione. Co innego jednak, gdy człowiek, w poszukiwaniu kalendarza ściennego na bieżący rok wchodzi do salonu Empiku w Gdańsku czy we Wrocławiu i trafia na "Kalendarz robotniczy 2007" z Leninem i z "bandytami z NSZ", bez słowa komentarza lub objaśnienia! W kraju tak przez komunizm doświadczonym należy to uznać za karygodne. Jest w Polsce "moda" na traktowanie propagandy komunistycznej z przymrużeniem oka, "lekko, łatwo i przyjemnie". "Postępowe" media oburzają się na znak sfastyki eksponowany na prywatnym spotkaniu grupy półgłówków. Jest to temat na pierwszą stronę ogólnopolskiej gazety przez kilka dni. Jednak ta sama gazeta - "Dziennik", kilka dni po publikacjach na temat sfastyki, zamieszcza obszerny, "ciepły" wywiad z szefem działającej zupełnie legalnie w Polsce tzw. Polskiej Partii Komunistycznej (!), niejakim Indelakiem, który stawia sobie zadanie, by "wyrwać" Polskę z NATO!

Pokazuje go jako człowieka ideowego, oddanego "sprawie", wyraźnie z nim sympatyzuje! Nie przejmuje się artykułem 13 Konstytucji RP, który stanowi, że: "zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu (...)". Prościej nie można. Po prostu "zakazane jest"! Jednak komuniści są w Europie "trendy". Parlament Europejski nie chciał przyjąć projektu uchwały o potępieniu tego systemu. Okazało się bowiem, że w samym Parlamencie zasiadają komuniści, którzy się oburzyli, że ktoś może potępiać ich ideologię. Krótko mówiąc, "komunizm tak - wypaczenia nie", a polską Konstytucją przejmować się nie trzeba!

Wróćmy jednak do pseudorobotniczego kalendarza. Kto się uśmieje, ten się uśmieje. Gorzej z kombatantami NSZ. Przez lata byli niemiłosiernie tępieni przez komunistyczną bezpiekę. Im nie będzie do śmiechu na widok plakatu z napisem o bandytach z NSZ. Stary ubowiec lub aparatczyk pewnie kupi ten perwersyjny "kalendarz", powiesi sobie nad biurkiem i będzie wzdychał ze łzą w oku do czasów wszechwładzy UB. Ale pani Maria Krok z Wrocławia, która mi przysłała corpus delicti, poczuła się upokorzona. W latach 50. jako gimnazjalistka w Poznaniu była przesłuchiwana przez UB i straszona w najgorszy sposób za działalność w młodzieżowej grupie antykomunistycznej. Czy o to chodziło wydawcy, by wyśmiać "bandytów z NSZ" i takich ludzi, jak Maria Krok?

Najpierw pomyślałem, że to jakieś wydanie pirackie. Przecież niemożliwe, by Muzeum Plakatu w Wilanowie mogło uczestniczyć w czymś takim. To przecież instytucja oświatowa! Państwowa! Niestety, pomyliłem się. Na drugiej stronie kalendarza znalazłem tekst informujący o działalności Muzeum, podpisany przez kurator Marię Kurpik. Z tego wynika, że kalendarz został wydany za zgodą Muzeum. Może nawet pani Kurpik jest autorką tego pomysłu! O czym pisze pani kurator? Że Muzeum Plakatu w Wilanowie posiada jedną z największych kolekcji plakatu artystycznego na świecie; że posiada zbiory plakatów polskich z lat 1892-2007; że jest "najpełniejszym na świecie zestawem uznanych za kanon w tej dziedzinie twórczości"; że prowadzi działalność wydawniczą i za popularyzację sztuki plakatu zostało odznaczone m.in. Medalem Honorowym Ernst Litfass 1816-1874.

[...]

W pierwszych latach po wojnie (1945-1948) zanotowano w Polsce ponad 1300 robotniczych strajków! Potem były takie wydarzenia, znane każdemu robotnikowi i każdemu Polakowi, jak Poznań 1956, Grudzień 1970, Radom 1976, wreszcie Sierpień 1980. Materiałów na polski kalendarz robotniczy jest mnóstwo, znalazłyby się także w Muzeum Plakatu. Pani Kurpik wspólnie ze swoimi kooperantami wybrała gębę Lenina i napastliwe sowieckie antypolskie afisze, dla których właściwym miejscem powinien być odrębny muzealny dział curiosów pod nazwą Propaganda Państwa Komunistycznego na Terytorium Sowietyzowanej Polski.

Zostawcie polskiego robotnika w spokoju, nie obrażajcie go. Wydrukujcie sobie plakaty z Leninem i rozdawajcie wśród swoich, na prywatnych spotkaniach. Tak jak ci głupcy od swastyki... W sprawie "kalendarza" oczekujemy stanowczej interwencji właściwego organu administracji państwowej.

 

Piotr Szubarczyk

 

Przedruk z "Naszego Dziennika", nr 14(2727), 17 stycznia 2007 r., www.naszdziennik.pl