Młodzi chłopcy z biało-czerwonymi opaskami na rękawach zdobycznych panterek z namaszczeniem czyszczą karabiny. Sanitariuszki, „morowe panny”, krają nożycami gazę, z której będą potem robić opatrunki.

Jedni wygrzewają się w promieniach sierpniowego słońca, inni chowają się w cieniu dominikańskiej świątyni na Starówce. Pachnie sączoną z menażek kawą, spalinami goliata, babim latem i… powstaniem. Wehikuł czasu? Trochę tak.


Rokrocznie, obchody rocznicy wybuchu powstania warszawskiego to nie tylko te oficjalne, państwowe, pełne zadumy i powagi uroczystości. Wakacyjny czas sprzyja rozmaitym rekonstrukcjom i inscenizacjom historycznym. I nie może wśród nich zabraknąć tych, związanym z powstaniem warszawskim.


Tradycyjnie już, członkowie grup rekonstrukcyjnych (których w samej Warszawie jest już kilkanaście) wznoszą na Starym Mieście powstańcze barykady, przy których odgrywają sceny sprzed 67 lat. Przebrani w zdobyczne panterki, z biało-czerwonymi opaskami na rękach i kilkoma visami patrolują ulice Starówki.


Co bystrzejsze oko dostrzeże wśród nich świadków sierpniowego zrywu. Nieliczni kombatanci ze wzruszeniem patrzą na młodych historycznych zapaleńców.


Pośród rekonstruktorów z Parasola, Czaty 49, Miotły, DiSK czy Chrobrego I nie mogło zabraknąć członków Grupy Rekonstrukcji Historycznych Narodowych Sił Zbrojnych, którzy aktywnie zaangażowali się inscenizację powstańczej barykady. Często musieli odpowiadać na liczne zapytania przechodniów dziwiących się, że na opaskach zamiast AK mają wypisane NSZ.


– A to czemu tak? Ja myślałam, że powstańcy nosili tylko opaski Armii Krajowej – zagaduje ktoś. – To wy się chcecie tak wyróżnić? – zaczepia inny. Wytrwale tłumaczymy, że Narodowe Siły Zbrojne też wzięły udział w Powstaniu. Według różnych szacunków zginęło w nim ponad tysiąc żołnierzy NSZ.


Kilku rannych odpoczywa na ułożonych pod ścianą kościoła noszach. Jedni wygrzewają się w sierpniowym słońcu, inni szukają kojącego cienia. Zaprawieni wojacy leniwie zaciągają się papierosami, kilka sanitariuszek gra w karty. – Kooompania, baaaczność! – błogą ciszę przerywa komenda porucznika. W krótkim czasie musi z kilku różnych „oddziałów” sformować jedną zgraną kompanię, która przemaszeruje ulicami Starówki w powstańczej defiladzie.

 

– Lewa, lewa, lewa! – pomrukują pod nosami żołnierze, którym gubią się kroki. A lepiej, żeby się nie gubiły, bo jeśli komuś poplączą się nóżki, w najlepszym wypadku trafi na koniec kolumny. W gorszym? – Na ziemię! 20 pompek! – pada rozkaz. Jak w prawdziwym wojsku. O tym, że jest inaczej przypomina tylko otoczenie – zwłaszcza klienci usytuowanych w pobliżu kawiarenek, którzy znad swoich filiżanek z zaciekawieniem przyglądają się manewrom.


Porządnie wymusztrowani, „wybiegani” (musztra bez solidnej rozgrzewki to jak zima bez śniegu) „współcześni powstańcy” tworzą całkiem zgrany, równo maszerujący oddział. Kiedy wyruszają spod kościoła św. Jacka na Freta turyści stają w miejscu, inni odrywają się znad swoich kaw. Wszyscy biją im brawo.


Żwawym krokiem maszerują przez Barbakan, ulicę Długą i Miodową, by zakończyć na wysokości kościoła braci mniejszych kapucynów. Potem najprawdziwsza powstańcza polowa msza święta zorganizowana w podwórzu jednej z kamienic. Jeszcze tylko jeden patrol przez Starówkę. Znowu Długą, Freta, Świętojańską. Jeszcze skręćmy w Piwną! Jeszcze Kanonia! I Plac Zamkowy! Przecież przechodzimy tędy setki razy w ciągu roku. Ale tylko dziś z powstańczą opaską na ręku. To trzeba poczuć, żeby zrozumieć. Na co tak się czeka cały rok…

 

eMBe

Zdjęcia: JL, MW