Wspomnienia

Wspomnienia Stanisława Duczymińskiego ps. "Niemira" - żołnierz NSZ, PAS.

Gdy zwrócono się do mnie o napisanie wspomnień z czasów partyzanckich, stanąłem wobec dylematu, o czym pisać. Pisanie o wszystkim, przekroczyłoby zadane rozmiary tekstu, więc konieczny był wybór niektórych tylko wątków. Opublikowana już literatura wspomnieniowa, zawiera opisy wielu akcji zbrojnych, skierowanych przeciwko okupantowi niemieckiemu, sowieckiemu i przeciwko ogłupionym lub sprzedajnym wprowadzaczom reżimu stalinowskiego.

 

Większość opisów akcji zbrojnych, naturalną rzeczy koleją, przeważnie zawiera omówienie kolejnych faz taktycznych, poczynając od wywiadowczego rozpoznania celu i zorganizowania środków walki dających konieczną siłę uderzenia, a kończąc na samym uderzeniu i ewakuacyjnym odskoku po wykonaniu zadania. Powielenie opisu jeszcze jednej akcji według powyższego schematu, który w partyzanckiej praktyce zawsze był stosowany, uznałem za mijające się z celem.

Oto relikwia po mojej matce – różaniec z chleba, ulepiony na osnowie nitki wyplecionej z więziennego koca.

Krystyna Kozłowska (wówczas nosiła nazwisko Chętnik) – harcerka Szarych Szeregów, późniejszy porucznik NOW ps. „Cyganka” – zrobiła go w więzieniu NKWD w Łomży w dniu Zielonych Świątek 27 maja 1941 r., o czym świadczy wygrawerowana na rewersie krzyżyka data.

 

Młoda, aresztowana w wieku 18 lat panienka przez 17 miesięcy posługiwała się orężem modlitwy różańcowej ze skutkiem zdumiewająco zwycięskim, bowiem wolność odzyskała wraz z całą rodziną w przeddzień zesłania, które miało nastąpić do sowieckich łagrów w Związku Sowieckim. O dacie zesłania dowiedziała się rodzina Chętników z przecieku informacji, pochodzącej od lokalnego komunisty, i spakowana oczekiwała wywózki. Ucieczka w grę nie wchodziła, ponieważ zakładnikiem było ich dziecko...

Wywiad z kpt. Bolesławem Kozłowskim, ps. "Grot", "Hanka", "Łukasz", "Marek"

Rozmówcą jest redaktor Ryszard Wójcik, który został skierowany do kpt. Kozłowskiego przez jego podkomendnego, chorążego Bolesława Drozdowskiego, ps."Czarny". Rozmowa opublikowana została dopiero w 1989 roku, już po śmierci kpt. Kozłowskiego. Niżej, fragmenty komentarzy Bolesława Drozdowskiego, ps. "Czarny",  na temat braci Kozłowskich i akcji przez nich przeprowadzonych.

 

Ryszard Wójcik, "Krwią obmyty" i "Już tylko do Pana Boga..." [w:] "Reporter", nr 7(35), Lipiec 1989, i nr 8(36), Sierpień 1989. Fragment:

17.X.1975 r. Łomża Bolesław Kozłowski zerka tylko raz jeden, krótko, na moją legitymację Stowarzyszenia Dziennikarzy. Nie dotyka jej i już więcej nie zauważa. Przed nami, między nami, jak chybotliwa kładka nad przepaścią, leżą kartki listu Bolesława Drozdowskiego z adresem redakcji na kopercie.

 

- Drozdowski, chorąży "Czarny", powołuje się na pana, panie kapitanie... Był pańskim podkomendnym. Wykonywał pańskie rozkazy

- Czego chce?

Z ppor. w stanie spoczynku Jerzym Skorupińskim ps. "Bem", żołnierzem Narodowych Sil Zbrojnych, rozmawia Mariusz Bober, Nasz Dziennik.

Po wkroczeniu na ziemie polskie jednym z pierwszych celów sowietów stali się żołnierze podziemia niepodległościowego, traktowani jako największa przeszkoda w zniewoleniu naszego kraju. Pan był jednym z tych, którzy znaleźli się już na pierwszych listach do aresztowań przez NKWD...


- Przygotowywali je członkowie Gwardii Ludowej oraz wywiad terenowy Polskiej Partii Robotniczej. Od wkroczenia Armii Czerwonej na ziemie polskie działał trybunał wojenny sowieckiego kontrwywiadu wojskowego - Smiersz. Jego funkcjonariusze od razu nawiązywali kontakty z komórkami organizacyjnymi komunistów w Polsce i zbierali od nich informacje o polskich oddziałach walczących z Niemcami. Zaraz potem przeprowadzano aresztowania, głównie żołnierzy podziemia niepodległościowego.

W 1949 roku grupa oficerów NSZ zagrożonych aresztowaniem uciekła kutrem rybackim z Gdańska do Szwecji.

 

Pisałem o tym kilka lat temu w „Szańcu Chrobrego”, piśmie, które przez parę lat wychodziło w Warszawie w raczej skromnym nakładzie. Dzisiaj, korzystając z szerokiego dostępu do czytelnika, jakie daje Internet, pozwolę sobie przypomnieć to raz jeszcze.

 

Sytuacja ogólna w Polsce w 1948 roku


Rok 1948 nie był rokiem dobrym. Czuć było zbliżający się „koniec”. Atmosfera gęstniała – aresztowaniom nie było końca. Rok wcześniej Stanisław Mikołajczyk, premier Polskiego Rządu w Londynie w czasie wojny, a później wicepremier w tak zwanej Tymczasowej Radzie Jedności Narodowej pod przywództwem Osóbki-Morawskiego – uciekł z Polski. Premierem nowego Rządu Polski Ludowej został Józef Cyrankiewicz, a prezydentem PRL agent NKWD, Bolesław Bierut.

„Gdzie są chłopcy z tamtych lat – czas zatarł ślad...” - słowa z piosenki Sławy Przybylskiej pt. „Gdzie są kwiaty”.

 

Stefana Pietrzaka, pseudonim „Paciorek”, poznałem 68 lat temu w roku 1943. Kończyliśmy razem warszawską Szkołę Podchorążych NSZ. Później zostaliśmy w Pierwszym Batalionie tej Szkoły. „Paciorek” w plutonie specjalnym łączności, ja w !-ej kompanii. Powstanie warszawskie zaskoczyło nas na ulicy Wspólnej. Po kilkunastu dniach dołączyliśmy jako IV pluton do NSZ-towskiej kompanii „Warszawianka”, kwaterującej w Domu Kolejowym na rogu Żelaznej i Chmielnej.

 

O naszych powstańczych i późniejszych przygodach pisałem w swoich wspomnieniach pt. „Ja-Jo pamięta”. Ci, którzy je czytali, zapewne pamiętają podchorążego „Paciorka” w okrągłej czapce Urzędu Miejskiego Warszawy (zdaje się, że był to Zakład Oczyszczania Miasta), który na pytanie dlaczego nie nosi hełmu, dumnie odpowiadał: Niech szkopy wiedzą, że ich magistrat też leje.

 

„Paciorek” zmarł 16 lat temu w 1995 roku. Od powstania dzieli nas 67 lat – wydawało by się, że to życie całe – czas jednak nie potrafi wymazać z pamięci tych wyjątkowych dni. Z Domu Kolejowego wyszliśmy z „Paciorkiem” 3-go października 1944 roku wczesnym rankiem. Prawdę mówiąc to wymknęliśmy się prawie ukradkiem. Chodziło o zachowanie tajemnicy, choć wszyscy nasi przyjaciele wiedzieli, że do niewoli niemieckiej razem z nimi nie idziemy. O posądzanie nas o nielojalność nie było mowy.

24 maja tego roku mija pierwsza rocznica śmierci Stanisława Duczymińskiego ps. "Niemira", żołnierza NSZ znanego bardzo dobrze w kręgach kombatanckich. Był założycielem i jedynym Prezesem Okręgu Warmińsko-mazurskiego Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych w Olsztynie.

Mieszkańcem Olsztyna został z wyboru, ponieważ korzenie Stanisława wywodzą się z północnego Mazowsza. Pochodził z rodziny kultywującej tradycje narodowe, niepodległościowe i wojskowe. Jego dziadek, Ludwik Duczymiński, rocznik 1831, właściciel dóbr Szumskich w powiecie przasnyskim, będąc, nie bez powodów, podejrzanym o sprzyjanie ruchom niepodległościowym, został przez carską "ochranę" w 1862 r. prewencyjnie aresztowany i bez sądu przetrzymywany aż do 1865 r., tj. do upadku powstania styczniowego. Z tego powodu nie mógł wziąć udziału w powstaniu.

 

Ojciec zaś, Leon Józef Marian Duczymiński, rocznik 1873, urodzony 10 lat po powstaniu styczniowym i wychowany na opowieściach o nim, będąc studentem Instytutu Rolniczego w Puławach został w 1894 r. również przez carską "ochranę" aresztowany za działalność niepodległościową na terenie uczelni i wraz z grupą studentów osadzony w warszawskiej cytadeli, gdzie przebywał pół roku w sławnym Pawilonie X. Miał wówczas 19 lat. W procesie przed sądem carskim, został skazany na 4 lata zesłania w głąb Rosji. W rezultacie, studiów nigdy nie ukończył.

21-go lipca 2010 roku, w 66-tą rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, Wiktor Natanson, „Humięcki”, żołnierz 1-go Batalionu Szkoły Podchorążych Piechoty NSZ i żołnierz Powstania w kompanii NSZ „Warszawianka” odznaczony został Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

 

Witek dzwonił do mnie parę dni wcześniej. Właśnie odebrał telefon z Kancelarii Prezydenta RP informujący go o odznaczeniu. Pytał się dlaczego i za co? Był zaskoczony. Wcale mu się nie dziwię. My, żonierze NSZ do odznaczeń państwowych nie jeteśmy przyzwyczajeni. Zawsze byliśmy „nielegalni”, często „wyklęci” zarówno w czasie wojny jak i po jej zakończeniu. Po odzyskaniu niepodległości, prawie pół wieku od tamtych pamiętnych czasów, oddzieleni od nich pokoleniami naszych dzieci i wnuków, często widziano nas oczami komunistycznej propagandy. Bandyci z NSZ, ci co mordowali Żydów, współpracowali z Niemcami i strzelali do bojowników z Gwardii i Armii Ludowej. „Gazeta Wyborcza” jeszcze w 1993 roku pisała, że w czasie Powstania Warszawskiego 1944 roku „AK i NSZ wytłukły mnóstwo niedobitków z getta”.

Prawie pół wieku! Szmat czasu, a widzę to jak dzisiaj. Witka Natansona znałem od dziecka. Jest moim kuzynem. Przed wojną mieszkaliśmy na tej samej żoliborskiej ulicy. On pod 4-ym, ja pod 5-tym. W czasie wojny, kiedy nasze matki i ciotki, kuzynki i kuzyni, zamieszkali razem na nieistniejącej dzisiaj ulicy Tucholskiej 5, dzieliłem z Witkiem wspólny pokój.

Adam Wróblewski

Z kolegą "Sową" [Jan Sowiński] straciłem kontakt po wstąpieniu do kompanii wartowniczych. Był on jednym z moich najbliższych i najbardziej cenionych kolegów - za jego wspaniałe poczucie humoru, nawet w najbardziej smutnych chwilach. Po odmarszu z Borowa - gdzie niejeden z moich kolegów pozostawił na pastwę losu swoich rodziców, siostry, braci i swoje sympatie - kolega "Sowa" miał zawsze dla każdego kilka słów podtrzymujących na duchu w nadziei na lepsze jutro.

Na pierwszym postoju po wymarszu z Borowa zebraliśmy się wszyscy oprócz tych, którzy byli wyznaczeni na wartę. Major "Ząb" zakomunikował smutną wiadomość, co spotkało Borów i ludność. Komendant "Step" opowiedział dalsze szczegóły. (Komendant "Step" nie był dobrym mówcą). Obecny był również por. "Lampart" i por. "Kret" z wąsikami, szef kuchni "Szary" i kucharz "Miszka". "Sowa" miał nadzwyczajny dar naśladowania w mowie, głosie i gestach każdego z obecnych. Najbardziej potrafił naśladować mowę i głos majora "Zęba" z jego akcentem angielskim, następnie "Stepa", "Lamparta" i "Kreta". Wszyscy obecni, ze śmiechu trzymali się za brzuchy, "Sowa" potrafił ująć to w ten sposób, że nie przynosiło to nikomu ujmy, ani też nie podważało autorytetu.

Danuta Urbanowska-Ladomirska "Lala"

Przybył do brygady w połowie października 1944 r. Po akcji Brygady Świętokrzyskiej dostał się do niewoli. Po zbadaniu, że był Polakiem zamieszkałym w Rosji, którego po przybyciu Niemców zabrano na ciężkie roboty na froncie, skąd uciekł i dotarł do komunistycznego oddziału partyzanckiego - przydzielono go jako furmana do drugiego wozu kwatermistrza. Biedny "Gruszka" - taki miał pseudonim - nie miał pojęcia, jak zaprzęga się konie. Wiedział tylko, że koń ma głowę i ogon. Był to człowiek około lat 45-50. W Rosji mieszkał w Charkowie ze swą matką, 92-letnią staruszką, i pracował jako komik w teatrze. Mówił dobrze po polsku z akcentem rosyjskim. Pomagałam mu zakładać konie, dawać spyżę, a z czasem nauczył się tego sam. Powozić było łatwiej, bo konie same wiedziały i szły za poprzednim wozem. Często przychodził na postoju na naszą kwaterę, opowiadał o swej matce staruszce. Bardzo ją kochał i nie wiedział, czy zobaczy ją żywą. My polubiliśmy go. Opowiadał o swej pracy w teatrze, był bardzo komiczny i spędzaliśmy wesoło czas, słuchając jego opowiadań.