Stanisław Ambrozik "Malarski"

Urodziłem się 25.04.1927 r. w Cielętnikach w gminie Dąbrowa Zielona w powiecie Radomsko, województwo łódzkie. Ojciec był rzemieślnikiem, pracował w majątku w Podlesiu, gmina Lelów. Siedmioklasową szkołę powszechną ukończyłem w Koniecpolu. Po wojnie ukończyłem Szkołę Zawodową w Częstochowie.
Do konspiracji NSZ wstąpiłem w styczniu 1943 r. w Podlesiu, jednocześnie złożyłem przysięgę i przyjąłem pseudonim "Malarski". Komendantem Placówki Podlesie był "Bartek". Latem 1943 r. i wczesną jesienią tegoż roku przeprowadzono szkolenie wraz z ćwiczeniami w terenie w zakresie Szkoły Podchorążych. Wykładowcami byli "Bartek", "Zimny" i "Bosman". Nad całością zajęć czuwał "Karski".

W maju 1943 r., będąc w Konstantynowie u Leona Kosa na zbiórce konspiracyjnej, którą prowadził leśniczy Wroński, na skutek zdrady zostaliśmy złapani przez żandarmów hitlerowskich. Byliśmy torturowani i wstępnie przesłuchiwani na podwórku. Ciążył na nas zarzut, że jesteśmy bandytami. Staliśmy już pod ścianą domu z rękoma do góry pod wycelowaną bronią maszynową. Było nas dziewięciu. Na szczęście przyszedł w ostatniej chwili sołtys tejże wioski. Znał język niemiecki i w długiej rozmowie z oficerem żandarmerii bronił naszej niewinności. Oficer był zdziwiony, że sołtys tak dobrze włada językiem niemieckim i zapytał, skąd tak dobrze zna ten język. Wówczas sołtys oświadczył, że pracował pięć lat w Niemczech u właściciela dużego majątku. Wymienił jego nazwisko i okazało się, że to był ojciec oficera. Niemiec sołtysowi zaufał i kazał nas puścić.

Pod koniec listopada 1943 r. przybył do Podlesia patrol około ośmiu partyzantów wysłany przez porucznika "Żbika" Władysława Kołacińskiego. Owym patrolem dowodził plutonowy "Ryś". W patrolu byli: kapral "Zawisza", "Owies", "Flirt", "Jacek" i inni. "Bartek" zarządził zbiórkę w lesie naprzeciw stodoły Brącla. Przyszło około dwudziestu ludzi. "Bartek" przedstawił nam patrol umundurowanych żołnierzy z bronią i oświadczył, że kto z nas chce iść do partyzantki, to już dziś odmaszeruje z nimi. Chętnych zgłosiło się trzynastu. Z naszej placówki zabraliśmy trzydzieści sztuk długiej broni i dziesięć tysięcy sztuk amunicji. Ponieważ wystąpiły duże opady śniegu, zatrzymaliśmy się w domu gospodarza w lesie za Wydartuchami. Plutonowy "Ryś" zakwaterował nas w młynie Krupy. Kwaterowaliśmy już czwarty dzień i w tym to dniu, 2 grudnia 1943 r., około dziesiątej rano zostaliśmy zaatakowani przez hitlerowców. W walce tej zginął erkaemista kapral "Zawisza". Ranni byli: "Owies" i "Jacek".
"Bartek" wraz z dziesięcioma partyzantami wrócił na swoją placówkę. Pozostałych trzech, a także ja, poszliśmy z "Rysiem" do Oleszna, a następnie na Dąbrówki. Dostałem się do pierwszej drużyny kaprala "Dęba". Byłem amunicyjnym przy erkaemie "Bociana". Brałem udział we wszystkich walkach.

W dniu 24 lipca 1944 r., idąc z miejscowości Lubcza w grupie trzydziestu pięciu osób dowodzonych przez porucznika "Żbika", gdy przechodziliśmy przez drogę Jędrzejów-Miechów, pomiędzy Potokiem Małym a Klemencicami, zauważyliśmy jadącą od strony Jędrzejowa czarną, lśniącą limuzynę. Wóz zbliżał się szybko, był już trzydzieści metrów od nas. Rozpoznaliśmy Niemców. Staliśmy na środku drogi: plutonowy "Kmicic", "Malarski", "Długi" i "Znicz". Wymierzyliśmy broń gotową do strzału. Niemcy na widok tego szybko zahamowali i bez oporu wysiedli - pułkownik SS oraz kierowca-podoficer. Zdobyłem empi z sześcioma magazynkami (ukryte to było pod tylnym siedzeniem samochodu). Koledzy zdobyli dwa pistolety. Prawie kończyliśmy rozbrajanie Niemców, jak do nas zbliżył się wóz pancerny, a nad naszymi głowami posypały się długie serie z cekaemu. Zeskoczyliśmy z drogi i wycofali się w kierunku naszej grupy. Tak szczęśliwie dobrnęliśmy do lasu, który - jak wiadomo - był naszym sprzymierzeńcem.
Porucznik "Żbik", widząc że w rękach trzymam empi, podszedł do mnie i powiedział, że ładnie się spisałem. Ja na ten gest pochwały podałem zdobycz komendantowi. Dobrze, że byliśmy w lesie, bo nad naszymi głowami przeleciał samolot. "Kryć się" - krzyknął komendant. Pokrótce samolot nawrócił, ale nas jednak nie wykrył. Szliśmy w tym upale lipcowego słońca około czterech godzin.

Doszliśmy do Jaronowic, chcieliśmy odpocząć i zjeść jakiś posiłek, bo zapadał zmrok. Byliśmy głodni i wyczerpani. W tym czasie nadeszli Niemcy, wywiązała się walka, w której został ranny w prawe ramię plutonowy "Kmicic". Rannego po drodze zostawiliśmy w Radkowie. Tu przybył lekarz, ale pomoc okazała się spóźniona. Plutonowy "Kmicic" znany nam z odwagi, nieustraszony w bojach, odszedł na wieczną wartę. Cześć jego pamięci.

Oddział pomaszerował dalej w kierunku Włoszczowy, do Żeleżnicy przybyliśmy nad ranem dnia 26 lipca 1944 r. zmęczeni, nie wyspani. Miejscowa placówka przyjęła nas troskliwie, wystawiła swoje ubezpieczenia, a nam kazała się przespać w stodołach. Spaliśmy około trzech godzin, jak zrobiono pobudkę i zarządzono natychmiastowy wymarsz na zasadzkę, gdyż w naszym kierunku szli Niemcy. Na wyznaczonym miejscu oczekiwanie na przeciwnika nie trwało dłużej niż pół godziny. Ku zdziwieniu podjechał do nas wóz konny i znany nam niestrudzony kolega "Zając" - Stefan Kapelusz. Dostarczył prowiant żywnościowy - chleb, mleko, jaja, kubki. Poczuliśmy się jak na wycieczce.
Niestety, nie dano nam do syta posmakować jakże smakowitego chleba. Dowódca krzyknął - "Niemcy, na stanowiska" i rozpoczęło się jazgotanie karabinów maszynowych. "Bocianowi" podałem piąty magazynek z amunicją do Diktarowa i okazało się, że było zacięcie. Chcąc je usunąć, postanowilismy się wycofać z pierwszej linii do tyłu, do głębszego rowu. Napotkalismy w nim leżących Marciniaków, którzy szli nam z pomocą. Udało się także usunąć zacięcie, ale już nie wróciliśmy na linię ogniową, gdyż walka dogasała. Wróg został pokonany. Zginęło około dwudziestu żołnierzy SS. Myśmy stracili trzech, dziewięciu było rannych. Do dzisiaj wieś Oleszno o tym wydarzeniu pamięta i jest wdzięczna dowódcy "Żbikowi" i jego żołnierzom za ocalenie. Wiadomo, że pokonany oddział SS szedł spacyfikować Oleszno, a myśmy do tego nie dopuścili, chociaż zdawaliśmy sobie sprawę, że będzie to krwawa walka, ale wierzyliśmy w zwycięstwo.

W styczniu 1945 r., po wkroczeniu Armii Czerwonej byłem aresztowany pod zarzutem przynależności do organizacji niepodległościowej NSZ, przebywałem w areszcie śledczym w Koniecpolu od 24 stycznia do 24 kwietnia 1945 r. Był to ciężki areszt, zważywszy, iż przypisywano mi poważne przestępstwa. Stąd śledztwo było wyjątkowo brutalne. Przynależność potwierdziłem, ale do czynów rzekomo przeze mnie popełnionych nie przyznałem się i wobec tego zostałem zwolniony.
Po zwolnieniu udałem się do Częstochowy. Na miasto zacząłem wychodzić dopiero po upływie około pół roku. Pewnego razu w bramie wyjściowej zauważyłem dwóch osobników uzbrojonych w broń krótką. Była to zasadzka UB-ków, którzy zatrzymali mnie i poprowadzili na Zawodzie do więzienia. Idąc, cały czas prosiłem, żeby mnie puścili za wynagrodzeniem. Byliśmy już na rogu Krakowskiej i Strażackiej, gdy w końcu przystali na moją propozycję. Po tym wydarzeniu wyjechałem do Szczecina. Utrzymywałem się z pracy u prywatnego rzemieślnika, który prowadził waflarnię.

Po pewnym czasie okazało się, że i tu UB jest na moim tropie. Kiedyś, gdy po pracy wracałem do domu, zauważyłem dwóch podejrzanych mężczyzn. W tym momencie, nie namyślając się, wszedłem w pierwsze drzwi, z których mogłem wyjść tylną klatką schodową. Był to rok 1947. Domyślałem się, że byli to ludzie z UB, co zresztą potwierdziła pani, u której mieszkałem. W tej sytuacji ze Szczecina wyjechałem do Podlesia. Uradziliśmy w rodzinie, że należy zgłosić się ochotniczo do MO i zadeklarować wzięcie udziału w walkach z UPA. Tak też się stało. Przez trzy miesiące brałem udział w walkach z UPA w Bieszczadach. We wrześniu wróciłem do Częstochowy, gdzie dostałem pracę w guziczarni. Pracowałem tam jeden rok, a w październiku 1948 r. powołany zostałem do wojska. Skierowano mnie do Szkoły Podoficerskiej Artylerii w Siedlcach. Po jednym roku szkolenia awansowałem na stopień kaprala. Drugi rok służby upłynął mi na stanowisku podoficera gospodarczego, także w tej szkole podoficerskiej. W 1950 r. po wysłudze dwuletniej, wróciłem do Częstochowy, tam się ożeniłem i dostałem się do pracy w Hucie "Zawiercie" przy ulicy Okólnej. Wtedy też preniosłem sie do Zawiercia. Tam w 1954 r. zostałem przez UB rozpracowany, a inwigilacja mojej osoby trwała do 1990 r.

Obecnie jestem na emeryturze, posiadam też uprawnienia kombatanckie. Uzyskałem także stopień porucznika. Posiadam zaświadczenie wydane w Warszawie dnia 10 kwietnia 1991 r. o treści: Zaświadczam - niniejszym, że Stanisław Ambrozik ur. 25.04.1927 r. pseudonim "Malarski" służył w dowodzonym przeze mnie Oddziale Partyzanckim kapitana "Żbika" /a od miesiąca czerwca 1944 r. w 3 kompanii I batalionu 204 pp N.S.Z./ w okresie od miesiąca listopada 1943 r. do miesiąca stycznia 1945 r. w stopniu kaprala. Powyższe zaświadczenie wydał Dowódca Oddziału Partyzanckiego Władysław Kołaciński "Żbik" Dowódca Oddziału N.S.Z. Za działalność partyzancką zostałem odznaczony dwukrotnie Krzyżem Armii Krajowej, Krzyżem Partyzanckim, Krzyżem Narodowego Czynu Zbrojnego oraz przez Ministerstwo Obrony Narodowej Medalem Wojska - legitymacja nr 37295, Londyn dnia 15 sierpnia 1948 r.

Przedruk z: "Pamięci Narodowych Sił Zbrojnych we Włoszczowskiem", Włoszczowa 2001, ss. 89-92.