Adam Wróblewski

Z kolegą "Sową" [Jan Sowiński] straciłem kontakt po wstąpieniu do kompanii wartowniczych. Był on jednym z moich najbliższych i najbardziej cenionych kolegów - za jego wspaniałe poczucie humoru, nawet w najbardziej smutnych chwilach. Po odmarszu z Borowa - gdzie niejeden z moich kolegów pozostawił na pastwę losu swoich rodziców, siostry, braci i swoje sympatie - kolega "Sowa" miał zawsze dla każdego kilka słów podtrzymujących na duchu w nadziei na lepsze jutro.

Na pierwszym postoju po wymarszu z Borowa zebraliśmy się wszyscy oprócz tych, którzy byli wyznaczeni na wartę. Major "Ząb" zakomunikował smutną wiadomość, co spotkało Borów i ludność. Komendant "Step" opowiedział dalsze szczegóły. (Komendant "Step" nie był dobrym mówcą). Obecny był również por. "Lampart" i por. "Kret" z wąsikami, szef kuchni "Szary" i kucharz "Miszka". "Sowa" miał nadzwyczajny dar naśladowania w mowie, głosie i gestach każdego z obecnych. Najbardziej potrafił naśladować mowę i głos majora "Zęba" z jego akcentem angielskim, następnie "Stepa", "Lamparta" i "Kreta". Wszyscy obecni, ze śmiechu trzymali się za brzuchy, "Sowa" potrafił ująć to w ten sposób, że nie przynosiło to nikomu ujmy, ani też nie podważało autorytetu.

 

Po przeprawieniu się przez Wisłę maszerowaliśmy na zachód. Pewnego wczesnego poranka, kiedy mróz dochodził do 30 stopni, dotarliśmy do jakiejś niedużej wioski, w której mieliśmy odpocząć do wieczora. Do każdego domu wyznaczono po sześciu żołnierzy. Podchodzimy do wyznaczonego domu - ja, "Sowa" i kilku z naszej drużyny. Wewnątrz domu wszyscy już byli na nogach, w całej wiosce psy szczekały zajadle, a w domu, do którego w okno zapukaliśmy zapanował płacz, wrzask i lament ze strachu. Jak nam potem wyjaśnili - z obawy, że to Niemcy lub bandyci. Kiedy wyjaśniliśmy, kim jesteśmy, w domu zapanowało poczucie bezpieczeństwa, poczęstowaliśmy gospodarza paczką papierosów. Gospodarz postawił butelkę kontyngentówki z niebieską nalepką, a gospodyni przyniosła do stołu pokrajaną kiełbasę i wypiliśmy za zdrowie gospodarza i jego żony. W rozmowie objaśniliśmy, kim jesteśmy i to, że walczymy o wolność naszego kraju od okupantów, po czym gospodarz przyniósł ze stodoły dwa snopki słomy. Rozłożyliśmy ją na podłodze, na której natychmiast pokładaliśmy się do snu w ubraniach. Broń i amunicję trzymaliśmy przy sobie, bo w razie alarmu mieliśmy tylko 10 sekund na to, by stanąć na zbiórce w poprzednio oznaczonym miejscu. Służbowy podoficer przyszedł oznajmić, żeby wysłać jednego do polowej kuchni po kawę, ale już żeśmy jej nie potrzebowali i zasnęliśmy twardym snem. Przed wieczorem pobudka. Dwóch poszło po obiad. Na obiad była spora porcja mięsa i smaczna zupa. Obiadu wystarczyło także dla gospodarza i całej rodziny. Po posiłku zbiórka oddziału do odmarszu i tuż przed zmrokiem cały oddział wymaszerował: przednie ubezpieczenie, tabory i tylne ubezpieczenie.

Dni stawały się coraz dłuższe i cieplejsze. Na postojach wystawialiśmy silne ubezpieczenie, wyjeżdżaliśmy na tak zwane pościgówki do majątków po spyże. Od Niemców mieliśmy względny spokój.

Pod koniec maja znaleźliśmy się w majątku w pobliżu gór, gdzie zakwaterowaliśmy w maleńkiej wiosce w pobliżu niewielkiego lasu. Przed południem alarm i ostre pogotowie - do wioski, w której kwaterowaliśmy, podchodził oddział Niemców złożony z kilkunastu żołnierzy. Gdy nas zauważyli zaczęli strzelać, ale ogień ich był niecelny i nie mieliśmy żadnych strat i obrażeń. Niemcy byli w odległości około 1500 m. Kiedy byliśmy gotowi do opuszczenia m.p. Niemcy już byli bliżej, ale w dalszym ciągu nie odpowiadaliśmy na ich ogień. Gdy tabory ruszyły, cały oddział był na ubezpieczeniu tylnym. Gdy Niemcy byli już w odległości około 500 m, por. "Lampart" wydał rozkaz przepędzić niemieckich hultajów. Obsługa cekaemu zdjęła swój ckm z biedki, do której był zaprzężony jeden koń. "Góral" zdjął z niej swój lkm, a amunicyjni dwie skrzynki amunicji taśmowej. Rusznica przeciwpancerna była także na biedce, ale w tej chwili okazała się zbyteczna. Otworzyliśmy ogień, kilka serii z broni maszynowych i pojedynczych kb. Niemcy zaczęli się wycofywać, ale nie widać było, czy mają jakieś straty. Obsługa cekaemu ułożyła broń na biedce, a Niemcy znów zaczęli ostrzeliwać nasz oddział ze swojego erkaemu, ale już z dalszej odległości, gdyż nie mieli już odwagi nacierać tak śmiało, jak poprzednio. Pociski niemieckie zaczęły nam gwizdać za uszami, koń z biedką i cekaemem wyrwał się woźnicy i pędził jak szalony przez pola w kierunku niewielkiego lasu. Por. "Kret" otrzymał serię z niemieckiego erkaemu. Został lekko ranny w nogę i miał poszarpany płaszcz, sierż. "Jaskółka" pomógł mu dotrzeć do taborów. Spłoszonego konia z biedką i zawartością chłopcy schwytali i już bez przeszkód dotarliśmy do następnego m.p.