21-go lipca 2010 roku, w 66-tą rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, Wiktor Natanson, „Humięcki”, żołnierz 1-go Batalionu Szkoły Podchorążych Piechoty NSZ i żołnierz Powstania w kompanii NSZ „Warszawianka” odznaczony został Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

 

Witek dzwonił do mnie parę dni wcześniej. Właśnie odebrał telefon z Kancelarii Prezydenta RP informujący go o odznaczeniu. Pytał się dlaczego i za co? Był zaskoczony. Wcale mu się nie dziwię. My, żonierze NSZ do odznaczeń państwowych nie jeteśmy przyzwyczajeni. Zawsze byliśmy „nielegalni”, często „wyklęci” zarówno w czasie wojny jak i po jej zakończeniu. Po odzyskaniu niepodległości, prawie pół wieku od tamtych pamiętnych czasów, oddzieleni od nich pokoleniami naszych dzieci i wnuków, często widziano nas oczami komunistycznej propagandy. Bandyci z NSZ, ci co mordowali Żydów, współpracowali z Niemcami i strzelali do bojowników z Gwardii i Armii Ludowej. „Gazeta Wyborcza” jeszcze w 1993 roku pisała, że w czasie Powstania Warszawskiego 1944 roku „AK i NSZ wytłukły mnóstwo niedobitków z getta”.

Prawie pół wieku! Szmat czasu, a widzę to jak dzisiaj. Witka Natansona znałem od dziecka. Jest moim kuzynem. Przed wojną mieszkaliśmy na tej samej żoliborskiej ulicy. On pod 4-ym, ja pod 5-tym. W czasie wojny, kiedy nasze matki i ciotki, kuzynki i kuzyni, zamieszkali razem na nieistniejącej dzisiaj ulicy Tucholskiej 5, dzieliłem z Witkiem wspólny pokój.

 

W 1943 roku Witek miał 13 lat. Pomagał mi w robieniu odbitek, kopii rysunków broni – na światłoczułym papierze w szufladzie mego biurka, przy pomocy amoniaku.

W parę miesięcy później, w pokoju jadalnym na Tucholskiej stał na baczność szereg chłopców w wieku lat 13 – 15 składających przysięgę : „Ja, walkę o Wielką Polskę uważam za najważniejszy cel mego życia Mając szczerą i nieprzymuszoną wolę służyć Ojczyźnie aż do ostatniej kropli krwi – wstępuję do Narodowych Sił Zbrojnych. Przysięgam Panu Bogu ...” Był z nimi D-ca ich plutonu pchr. Zbyszek Kowalczyk „Żbikowski”, był D-ca 1-go Batalionu Szkoły Podchorążych kpt. Stanisław Salski „Sokołowski”. To wtedy Witek przyjął pseudonim „Humięcki”. Nazwisko Humięcka nosiła właścicielka budki z lodami stojącej przy Parku Żeromskiego. Na lody rzadko nas było stać w tych czasach.

Pamiętam siedzieliśmy w pokoiku „na górce” (mały pokój na drugim piętrze naszej willi na Zoliborzu) umeblowanym „stylowymi” meblami, które nazywaliśmy „ludwiki”. „Koń” – Kazik Skrobik, żołnierz NOW pokazywał nam z wielką dumą, nowego, prosto z zrzutów z Anglii, Colta – pistolet kalibru 9 mm, obiekt zazdrości i szczyt marzeń niedozbrojonych żołnierzy NSZ. Przypadkowo „Koń” wypalił. Rozległ się ogłuszający huk i pocisk przeszył jeden z foteli. Chwila ciszy – otwierają się drzwi na schody prowadzące na „górkę” i słychać głos cioci Marychny: Boże! co się stało? Siostra Witka, dziewczyna opanowana i szybka w decyzjach, spokojnym głosem odpowiedziała: „To nic ciociu, to tylko „Koń” postrzelił Ludwika”.

Ten ostatni rok przed Powstaniem był dla nas rokiem niezwykłym. Dużo czasu zajmowało wyszkolenie wojskowe. Marsze ubezpieczone na porośnietym wikliną brzegu Wisły. Poznawanie nowej broni. „Humięcki” był najszybszy w rozbieraniu i składaniu pistoletu Parabellum i zamka do Kb. Wiosną 1944 roku kiedy wyszedł rozkaz gen. „Bora” o scaleniu NSZ z AK, „Humięcki” i chłopcy z jego sekcji rozklejali ulotki z tym rozkazem na murach żoliborskich domów a którejś niedzieli na tłumy wychodzące z kościoła św. Stanisława Kostki poleciał deszcz tych ulotek zrzuconych z dachu na placu Wilsona.

Rok wczesniej, kiedy Witek nie był jeszcze żołnierzem NSZ, pomógł mi w nieudanej wyprawie, ktorej celem była ewakuacja składu broni należącego do właśnie aresztowanych przez Gestapo moich przyjaciół z „Baszty”. Do piwnicy z bronią dotarliśmy jednocześnie z Gestapo. Witek wykazał się dużym opanowaniem, zimną krwią i właściwymi decyzjami. W równie nieudanej próbie rozbrojenia niemieckiego żołnierza na ulicy Gdańskiej, „Humięcki” stał na zwiadzie i sygnalizował zbliżanie się „ofiary”.

 

A kiedy wybuchło Powstanie (o czym NSZ nie był powiadomiony) Witek był z nami w plutonie por. Gołłkonta „Bogusławskiego” na ulicy Wspólnej, a później w IV plutonie kompanii „Warszawianka” w Domu Kolejowym na rogu Żelaznej i Chmielnej. Był jednym z najmłodszych żołnierzy Powstania. Na pewno najmłodszym w „Warszawiance”. Kiedy strzelał z najwyższego piętra Domu Kolejowego do Niemców przebiegających Aleje w kierunku Dworca Głównego miał lat 14. Stary, austriacki Manlicher, z którego strzelał, ważył chyba tyle co on, a na pewno był od niego wyższy.

Był na Towarowej u „Hartwiga” kiedy odpierali atak pociągu pancernego. Na wysuniętej placówce przy wykopie kolejowym wzdłuż Alei Jerozolimskich starszy strzelec „Humięcki” pomylił cień umykającego psa z niemieckim żołnierzem. Kanonada, którą wywołał rozjaśniła ciemną noc nad placem Starynkiewicza i przyniosła mu nowe imię: „Starszy strzelec Hunięcki, pies na psy”.

Kiedy zachorował na krwawą biegunkę odesłano go do szpitala polowego, chyba na ulicy Chmielnej. Szpital zbombardowano a skóra i kości, jakie zostały z „Humięckiego” wróciły na czworakach po trzech dniach do Domu Kolejowego.

 

Skończyło się Powstanie i Witka straciłem z oczu. Ja zostałem w Polsce, a on przez Stalag VIII B w Lamsdorf, krótki pobyt w Brygadzie Świętokrzyskiej po zakończeniu wojny, II Korpus gen. Andersa we Włoszech, wylądował w Anglii. Po paru latach wrócił do Polski. Skończył Politechnikę Warszawską. Ożenił się.

Mieszkałem już od kilkunastu lat w Kanadzie, kiedy w roku 1968 przyjechał tu do swojej siostry „Humięcki”. Dzielnie dawał sobie radę. Pracował jako inżynier projektant narzędzi w Toronto, Vancouver i Montrealu.

W 1994 roku stał w jednym szeregu z najstarszymi i najbardziej zasłużonymi żołnierzami NSZ. Z Edwardem Kemnitzem „Marcinem”, jednym z założycieli ONR i z Tadeuszem Siemiątkowskim „Mazurem”, D-cą słynnego Oddziału Bojowego przy KG-NSZ i towarzyszem broni Witka z powstańczej „Warszawianki”, kiedy Polski Konsul Generalny odznaczał ich w imieniu Prezydenta RP Krzyżem Narodowego Czynu Zbrojnego.

W ubiegłym roku Wiktor Natanson wrócił do Polski. Przypuszczalnie już na zawsze. Jak wspomniałem na początku, kiedy dowiedział się o nadanym mu odznaczeniu, dzwonił do mnie do Kanady i pytał dlaczego i za co?

„Humięcki”! Na miłość Boską! – wiem, że jesteś starym człowiekiem i pamięć u Ciebie zapewne nie taka jak dawniej. Przypomnij sobie stare lata! Pamiętasz Żoliborz? Pamiętasz Dom Kolejowy? Tych, co odeszli? Czasy, kiedy miałeś tylko 14 lat? Może nareszcie będziesz wiedział dlaczego.

Tymczasem, jak należy, serdeczne gratulacje Kawalerowi Orderu Odrodzenia Polski w imieniu znanych Ci, sanitariuszki „Kamy” i Podchorążego „Kruczkowskiego” składa Ci Maciej.

 

Maciej Szamański