„Gdzie są chłopcy z tamtych lat – czas zatarł ślad...” - słowa z piosenki Sławy Przybylskiej pt. „Gdzie są kwiaty”.

 

Stefana Pietrzaka, pseudonim „Paciorek”, poznałem 68 lat temu w roku 1943. Kończyliśmy razem warszawską Szkołę Podchorążych NSZ. Później zostaliśmy w Pierwszym Batalionie tej Szkoły. „Paciorek” w plutonie specjalnym łączności, ja w !-ej kompanii. Powstanie warszawskie zaskoczyło nas na ulicy Wspólnej. Po kilkunastu dniach dołączyliśmy jako IV pluton do NSZ-towskiej kompanii „Warszawianka”, kwaterującej w Domu Kolejowym na rogu Żelaznej i Chmielnej.

 

O naszych powstańczych i późniejszych przygodach pisałem w swoich wspomnieniach pt. „Ja-Jo pamięta”. Ci, którzy je czytali, zapewne pamiętają podchorążego „Paciorka” w okrągłej czapce Urzędu Miejskiego Warszawy (zdaje się, że był to Zakład Oczyszczania Miasta), który na pytanie dlaczego nie nosi hełmu, dumnie odpowiadał: Niech szkopy wiedzą, że ich magistrat też leje.

 

„Paciorek” zmarł 16 lat temu w 1995 roku. Od powstania dzieli nas 67 lat – wydawało by się, że to życie całe – czas jednak nie potrafi wymazać z pamięci tych wyjątkowych dni. Z Domu Kolejowego wyszliśmy z „Paciorkiem” 3-go października 1944 roku wczesnym rankiem. Prawdę mówiąc to wymknęliśmy się prawie ukradkiem. Chodziło o zachowanie tajemnicy, choć wszyscy nasi przyjaciele wiedzieli, że do niewoli niemieckiej razem z nimi nie idziemy. O posądzanie nas o nielojalność nie było mowy.

 

Wyjście z oblężonej Warszawy

 

Wychodziliśmy jako cywile nie z własnej inicjatywy, ale na rozkaz naszych przełożonych. Rozkaz mjr. Kozłowskiego, powstańczego Komendanta NSZ był krótki: Wobec zblizającej się okupacji sowieckiej będziecie potrzebni w kraju. Zameldujecie się w Komendzie Okręgu NSZ – Częstochowa i oddacie do dyspozycji Komendanta Okręgu. Jeszcze przed wyjściem z Domu Kolejowego postanowiliśmy, że iść będziemy osobno, w miarę możliwości nie tracąc ze sobą kontaktu wzrokowego. Nie wiedzieliśmy czego się spodziewać i do jakiego stopnia Niemcy będą kontrolować ewakuację ludności cywilnej. Wiadomo, że dwóch rzuca się w oczy bardziej niż jeden.

 

Powodzenie wyprawy zależało na pewno od stopnia w jakim potrafimy się „rozpłynąć” w wielotysięcznym tłumie warszawiaków. Jeszcze chyba w Domu Kolejowym „Paciorek” znalazł wąską deskę, którą zaczął używać jako kule. Utykał na jedną nogę, podpierając się tą deską. Robił to z wielką wprawą, symulując swoje „kalectwo” w sposób przekonywujący i godny podziwu. Miało to wzbudzać sympatię współtowarzyszy niedoli i odwracać uwagę Niemców, którzy znów stawali się panami życia i śmierci. „Paciorek” był to chłop wielki i zdrowy. Schylona i utykająca postać, miała bez słów tłumaczyć jego obecność w tłumie brudnych i oberwanych wygnańców ze zburzonego miasta – stał się jeszcze jedną ofiarą nieszczęsnego powstania.

 

Aleje Jerozolimskie przeszliśmy przy Placu Zawiszy. Ulica była raczej luźno obstawiona wojskiem niemieckim. Już od placu Narutowicza zaczęło robić się gęsto. Sznur ludzi obładowanych ponad miarę, popychających i ciągnących wszelkiego rodzaju wózki, szedł, a raczej wlókł się tłum kobiet, mężczyzn i dzieci. Odbywało się to w wielkiej ciszy. Nawet dzieci nie płakały. Przy kościele św. Jakuba na placu Narutowicza, stała niemiecka ekipa filmowa, fotografując ten straszny marsz wśród ruin na tle dymiącego miasta. Wyjście z piekła.

 

Im dalej Grójecką tym więcej widzieliśmy porzuconych bagaży, waliz i tobołów – wśród tego pobojowiska ludzi siedzących na ziemi, zmęczonych, często płaczących. Powoli zbliżaliśmy się do Pruszkowa. Właściwie to łatwo teraz można by „dać nogę”. Obstawa ulicy nie wyglądała na wprawne wojsko. Byli to starsi wiekiem żołnierze robiący wrażenie ciężko znudzonych. Ale dokąd uciekać? Okolicy nie znaliśmy i wydawało się, że strefa przyfrontowa, a taką przecież mimo kapitulacji powstania były przedmieścia Warszawy, może być zbyt niebezpieczna. Szliśmy więc dalej.

 

Obóz przejściowy w Pruszkowie

 

Obóz przejściowy w Pruszkowie, do którego dotarliśmy wczesnym wieczorem, mieścił się na terenie warsztatów kolejowych. Były to wielkie hale z kilkoma rzędami torów kolejowych. Pod każdym torem był wąski, otwarty tunel inspekcyjny o głębokości trochę większej niż wysokość człowieka. Podłoga była betonowa. Wszystko brudne i tłuste od smarów, olejów i innego świństwa. Panował tu niesamowity bałagan. Ludzie, jeszcze przed paru godzinami robiący wrażenie półżywych, nabrali nagle energii. Stawali się agresywni i głośni.

 

Minimalne urządzenia sanitarne już nie działały. Był straszny smród. Nie wolno było wychodzić z tych hal i szukać szczęścia w innych. Żywność, ohydną zupę, dostarczano raczej sporadycznie. Nasza hala znajdowała się na obwodzie obozu. Natychmiast wybito parę dziur w ścianach, przez które można było porozumieć się z ludźmi z zewnątrz. Zaczął się handel. „Paciorek”, mimo że „kaleka”, dopchał się do dziury w ścianie, gdzie za pudełko 100 papierosów kupił kawał kiełbasy i bochenek chleba. Nie byliśmy więc głodni. Tak smacznej kiełbasy nie jadłem już nigdy w życiu.

 

Służba sanitarna obozu składała się z polskich lekarzy i pielęgniarek. Ku mojej wielkiej radości, już tego samego dnia spotkałem córkę dr. Łuniewskiego, zmarłego przed rokiem dyrektora szpitala dla psychicznie chorych w pobliskich Tworkach. Dr. Łuniewski był przyjacielem mego ojca. Dzisiaj nie pamiętam imienia jego córki. Była albo lekarzem, albo pielęgniarką wyższej rangi. Po krótkiej rozmowie obiecała nam pomóc. Mieliśmy obaj dostać zastrzyki wywołujące wysoką gorączkę. W rezultacie tego zabiegu miano nas przenieść do innej hali, w której mieściła się izba chorych i pomieszczenie, bo nie można tego nazwać szpitalem, dla ludzi niedołężnych i niesprawnych. Po znalezieniu się w tym pseudo-szpitalu, którego obsługa, z wyjątkiem naczelnego lekarza Niemca, była całkowicie polska, nie powinno już być kłopotu z wydostaniem się na wolność.

 

Następnego dnia w naszej hali zaczęła się rejestracja obecnych, której nie można było uniknąć, ale którą należało odwlec. W czasie rejestracji prowadzonej przez Niemców następowała klasyfikacja, która decydowała o losach zatrzymanych. Na temat tej klasyfikacji krążyły rozmaite plotki. Oczywiście niemożliwe do sprawdzenia W szeregu wymienianych możliwości najlepszą było natychmiastowe zwolnienie z obozu, a najgorsze aresztowanie przez Gestapo. Mówiono o tajemniczej hali nr. 4, do której kierowano młodych mężczyzn. Co dalej z nimi się działo nikt nie wiedział. Domysłom nie było końca. Pokrzepieni kiełbasą byliśmy jak najlepszej myśli.

 

Ukryci w ciemnym, śmierdzącym kącie tunelu inspekcyjnego czekaliśmy na pomoc obiecaną przez córkę dr. Łuniewskiego. Zjawiła się po paru godzinach, zrobiła nam zastrzyki i obiecała wrócić za godzinę. I rzeczywiście, po kilku minutach zaczęło nam się kręcić w głowach. Po godzinie zlani potem zaczęliśmy majaczyć. Nasza opiekunka, zgodnie z obietnicą, zjawiła się z paru pielęgniarzami, noszami i dokumentami otwierającymi nam drogę do izby chorych. Położono nas tam na siennikach wypełnionych słomą i kazano czekać. Wieczorem gorączka minęła i poczuliśmy się wręcz wyśmienicie. Nadal jednak udawaliśmy chorych. Przyniesiono nam w miskach gorącą, pysznie pachnąca zupę, której przyjęcia, z bólem serca, jako ciężko chorzy odmówiliśmy.

 

Przyszła noc. Mimo, że piekielnie głodni, spaliśmy raczej dobrze. Nad ranem obudził nas wrzask niemieckich żołnierzy, którzy wpadli do naszej izby chorych, otworzyli szeroko bramę wjazdową hali i zaczęli wyrzucać wszystkich na zewnątrz. Tych, którzy nie mogli się ruszyć, wywlekano siłą za ręce, mimo protestów lekarzy i pielęgniarek. Przed halą stał już długi pociąg towarowy. Wrzucano i wpychano nas do tych wagonów, których jedynym wyposażeniem była cienka warstwa słomy i spora dziura w podłodze w kącie wagonu.

 

Wywiezienie pociągiem

 

Trudno mi dzisiaj powiedzieć, ile osób było w naszym wagonie. Ponieważ wszyscy leżeli – cała podłoga była zajęta. Nie było nas jednak tak wielu, żeby jeden leżał na drugim. Dość szybko zamknięto drzwi wagonu i pociąg wolno ruszył. Jechał bardzo wolno i co chwilę stawał. Scyzorykiem wydłubaliśmy dużą szparę między deskami ścian wagonu. Mogliśmy odczytywać nazwy mijanych stacji. Do Żyrardowa dojechaliśmy dopiero około południa. Zabrało nam to pół dnia!

 

Stanęliśmy. Otworzono drzwi, ale zabroniono wysiadać. Jacyś ludzie roznosili wodę w wiadrach. Nie było wystarczającej ilości kubków do picia, więc zaczęły się kłótnie i wymyślania. Ruszyliśmy wolno. Do Skierniewic dojechaliśmy wieczorem. Pociąg stanął na stacji, ale przed peronami i nie otwierano drzwi. Zrobił się zaduch i smród okropny. Większość „pasażerów” naszego wagonu to byli ludzie niedołężni – nie będący w stanie dowlec się nawet do dziury w podłodze. Leżeli na słomie i po prostu robili pod siebie.

 

Pamiętam okropną scenę: obok mnie leżały dwie bardzo stare kobiety. Brudne i śmierdzące z posklejanymi kosmykami od dawna niemytych siwych włosów, opadających na ich sine, pomarszczone twarze. Okropnie się kłóciły, wymyślając sobie i przeklinając w wulgarny sposób. Chciały się bić, ale nie miały na to siły. Podniesienie ręki stawało się nadludzkim wysiłkiem. Ledwie podniesiona, opadała bezwładnie. Nagle, jedna ze staruszek zdała sobie sprawę, że dwie ręce to więcej niż jedna. Z ogromnym wysiłkiem, malującym się na jej złej twarzy, podtrzymując jedną rękę drugą, naprowadziła ją nad głowę sąsiadki i ... puściła! Ręka z klaśnięciem opadła na twarz . Podniósł się wrzask i poszkodowana trysnęła strumieniem najbardziej wymyślnych przekleństw.

 

Wszystko to działo się w ciemnościach, zaduchu i smrodzie, przy akompaniamencie rytmicznego stukotu kół pociągu ... o ile pociąg jechał – większa część pierwszego dnia i pierwszej nocy nasz pociąg stał i czekał. Byliśmy zapewne najbardziej zapomnianym i najmniej ważnym pociągiem w przyfrontowej strefie. Jechaliśmy na południowy zachód. 40 kilometrów na wschód, na linii Wisły, stała Armia Czerwona i ciągle czekała. Dzisiaj, spisując te wspomnienia, zdaję sobie sprawę, że nasz pociąg i nasz wagon – obraz, dźwięk i zapach tamtych dni, to idealna ilustracja do opisu piekła, które tak zawsze interesowało poetów nie mających najmniejszego pojęcia, jak to wygląda i o co właściwie chodzi.

 

W tym piekielnym wagonie pełnym ludzi, którzy powoli przestawali nimi być, i gdzie śmierć dla wielu wydawała się łaskawym wybawieniem – jeden człowiek nie tracił nadziei, że najbliższe dni przyniosą zmiany na lepsze. „Paciorek” po prostu wiedział, że wyjdzie z tych opresji cało pod warunkiem, że zachowa zimną krew i będzie konsekwentnie realizował raz ustalony plan. W planie tym na pierwszym miejscu była symulacja kalectwa. Robił to nie tylko konsekwentnie, ale i z wielkim aktorskim talentem, którego nigdy u niego nie podejrzewałem. Czasami wydawało mi się, że on w to swoje kalectwo naprawdę uwierzył. Pierwszej nocy, śpiąc na podłodze wagonu, chrapał donośnie, a kiedy ktoś go potrącił, wydawał głośne jęki bólu. On to robił śpiąc! Ze swoją deską-kulą nie rozstawał się nawet w wędrówce do dziury w podłodze, co musiał jednak od czasu do czasu robić.

 

Ucieczka z transportu

 

Ruszyliśmy – teraz pociąg jechał trochę szybciej. Minęliśmy Radomsko i pociąg zbliżał się do Częstochowy – celu naszej wyprawy. Zaczęliśmy się niepokoić. Stosunkowo niedaleko za Częstochową zaczynał się Śląsk. Byliśmy chyba nie dalej jak 80 kilometrów od Auschwitz. Wagony pełne niedołężnych ludzi, niedaleki obóz zagłady i dobrze nam znane niemieckie teorie „czystości rasowej” pobudzały wyobraźnię i wymagały natychmiastowej akcji. Postanowiliśmy, że najwyższy czas uciekać.

 

Mieliśmy jeden scyzoryk, którym już wcześniej wydłubaliśmy sporą szczelinę obserwacyjną między deskami ścian wagonu. Przy głośnym proteście towarzyszy podróży zaatakowaliśmy ścianę wagonu. Wyłamanie deski ze ściany, szczęśliwie tuż przy skoblu zamykającego suwane drzwi, zajęło nam chyba dwie godziny. Pociąg jechał teraz wolno wśród rzadkich zabudowań. Zbliżaliśmy się do przedmieść Częstochowy. Rozsunęliśmy drzwi. Pociąg jechał po średniej wysokości nasypie. Na dole były krzaki, dalej pola i domy.

 

„Paciorek” skoczył pierwszy. Bez walizki, ale ze swoją deską w ręku. Widziałem jak się turlał po zboczu skarpy. Nikt nie strzelał! Skoczyłem w taki sam sposób w jaki skakałem z warszawskiego tramwaju. Twarzą w kierunku jazdy, lekko pochylony do tyłu. Wylądowałem nawet dobrze, w pozycji stojącej, ale natychmiast się potknąłem i podobnie jak „Paciorek” zrolowałem w krzaki. Byłem cały i nawet specjalnie nie potłuczony. Kiedy podniosłem głowę mijał mnie ostatni wagon pociągu. Otwarta platforma z karabinem maszynowym... bez obsługi. Za chwilę zjawił się „Paciorek”, który widział jak skakałem.

 

Przybycie do Częstochowy

 

Przez krzaki i polna miedzą doszliśmy do drogi a raczej ulicy częstochowskiego przedmieścia. W Częstochowie nie można chyba zabłądzić. Z każdego miejsca widać wieże stojącego na wzgórzu klasztoru i wszystkie chyba ulice prowadzą na Jasną Górę. Po godzinie byliśmy przed klasztorem. Tłum ludzi, stragany z dewocjonaliami, brud i hałas. Nic się nie zmieniło od 7 lat, kiedy byłem tu ostatni raz. Już za parę dni klasztor i plac zapełni się obdartym tłumem nieszczęśliwych warszawiaków. W tej chwili życie toczyło sie normalnym częstochowskim rytmem. Wiadomość o śmierci Warszawy nie dotarła jeszcze do świadomości i serc tych ludzi. Nie muszę przypominać, że „Paciorek” przez całą drogę do klasztoru utykał i podpierał się deską-kulą. Teraz zafundował sobie szklankę oranżady i z jedną nogą sztywno wyciągnięta przed siebie usiadł na klasztornych schodach.

 

Widok krótkiej i szerokiej baby sprzedającej oranżadę z dwukołowego wózka przywołał z pamięci obraz z rodzinnego miasta. Ileż takich wózków leży dzisiaj pod gruzami Warszawy? Takich samych, identycznych. Z butelkami pomarańczowego, malinowego i wiśniowego soku . Z dużą butlą wody sodowej i dziwnym przyrządem – natryskiwaczem do płukania jednej szklanki dla wszystkich – w ciągle tej samej, raz dziennie zmienianej wodzie. Czystość? Zdrowie? Higiena? O czym tu mówić, zwłaszcza nam po dwóch miesiącach powstania. Zaczął się rodzić syndrom popowstaniowego warszawiaka, który wszystko już widział, wszystko wie, i któremu nic już stać się nie może. Nie bojącego się niczego cwaniaka traktującego wszystko i wszystkich z góry. Z lekceważeniem i pogardą człowieka, któremu nic nie jest obce. Cynizm stawał się wartością nadrzędną.

 

Zostawiłem „Paciorka” na schodach a sam udałem się na poszukiwanie Ojca Kustosza skarbca i klasztornego muzeum. Nie pamiętam jego imienia. Zapewne dzisiaj już nie żyje, był to już wtedy człowiek powyżej wieku średniego. Po wymienieniu hasła, które dostałem od mjr. Kozłowskiego w Warszawie, Ojciec Kustosz wyraźnie uradowany, przywitał mnie serdecznie. Okazało się, że jestem pierwszym żołnierzem NSZ, który dotarł do niego po kapitulacji Warszawy, i że od paru dni czekał niecierpliwie na nawiązanie kontaktu. Gdy powiedziałem mu, że brat mojej babki, ojciec Bonawentura Gawełczyk, również paulin, sprawował podobną do jego funkcję, w tym samym miejscu 80 lat temu – ucieszył się jeszcze bardziej.

 

Tymczasem, stwierdził, nim pana umyjemy i nakarmimy, musimy iść podziękować Bogu za szczęśliwe przeprowadzenie panów przez powstanie i doprowadzenie do Częstochowy. Nie wypadało mi dyskutować z Wielebnym Ojcem o roli jaką Opatrzność odegrała w moim życiu w ostatnich paru miesiącach. Byłem przecież przekonany, że moja cała głowa, którą szczęśliwie wyniosłem z powstania, była wynikiem łańcucha przypadków, które stały się moim udziałem.

 

Przypadkiem bowiem było wyjątkowe położenie Domu Kolejowego, przypadkiem silne ramię sanitariuszki „Amorka”, która uratowała mi życie na ulicy Wroniej. Na pewno było przypadkiem spotkanie pani Łuniewskiej w obozie w Pruszkowie. Byłoby również nie na miejscu przyznanie się do braku bojowej odwagi i do świętej zasady nie wkładania palca między drzwi, która prowadziła mnie jak dotąd z powodzeniem przez moje wojenne życie. Nie mogłem też odbierać Ojcu Kustoszowi wiary w Łaskę Bożą danej tym, którzy służą słusznej sprawie, jak i radości z powitania „walecznego żołnierza z bohaterskiej stolicy”. Przyznam się też do mojej próżności. Ta nowa rola zaczynała mi się podobać.

 

Kaplica, w której wystawiony jest obraz Czarnej Madonny, jest stosunkowo niewielka. Od reszty kościoła odgradza ją metalowa krata. Większość czasu obraz jest zasłonięty. Ceremonia odsłonięcia obrazu jest ważnym wydarzeniem, któremu towarzyszy specjalny rytuał. Kiedy weszliśmy do kościoła, obraz był odsłonięty. Pamiętałem ten obraz z moich wizyt w Częstochowie w latach dziecięcych i z licznych reprodukcji. Obraz Matki Boskiej Częstochowskiej jest specjalnie czczony w Polsce i na pewno jest najczęściej spotykanym wizerunkiem matki Jezusa. W kaplicy panował półmrok. Unosił się zapach kadzidła. Gęsty tłum przed kratą śpiewał. Zawodził raczej w sposób zupełnie nieznośny. W Polsce muzyka i śpiewy sakralne są bardzo piękne, ale tylko w zawodowym wykonaniu. Zawodzenie rozhisteryzowanych, wyraźnie nieszczęśliwych ludzi, bez melodii i rytmu, w niezgodzie z akompaniamentem, jest jedną wielka skargą, prośbą i... pomyłką. Pieśni, które w założeniu miały głosić triumf i chwałę, zamieniają się w żebracze jęki.

 

Do kaplicy prowadził mnie starszy, wysoki mnich o władczym kroku i zachowaniu. Ubrany w biały zakonny habit, robił duże wrażenie. Tłum rozstępował się przed nim. Ja szedłem za nim w przybrudzonym płaszczyku, nie ostrzyżony z parodniowym zarostem na twarzy. Doszliśmy do stopni ołtarza. Ojciec Kustosz uklęknął i pociągnął mnie za rękaw, żebym zrobił to samo. On zaczął szeptem się modlić. Ja schyliłem głowę i nie mogłem znaleźć słów modlitwy. Klęczałem ze schyloną głową – nie potrafiłem się modlić, nie czułem potrzeby modlitwy. Gdzie byłeś Boże przez tych ostatnich parę lat? Kiedy też Twoi synowie z czerwoną gwiazda na czapkach mordowali mojego ojca w katyńskim lesie, kiedy też Twoi synowie z aroganckim napisem "Gott mit uns" na mundurowych pasach, ścinali toporem głowę mego wuja. Jedyne, co czułem, to przemożny wstręt do otaczającego mnie tłumu. Uczucie niewiele mające wspólnego z chrześcijańską miłością i pokorą. Pomieszany zapach kadzidła i potu. Smród niemytych ciał i to straszne wycie śmiertelnie wystraszonych ludzi, wiecznie gnębionych, wykorzystywanych i poniżanych. Ludzi bez szans na lepsze jutro. Co gorsze, pozbawionych woli walki. Jedyna ich nadzieją była wiara w cud!

 

Nawiązanie kontaktu z Okręgiem NSZ

 

Po chwili Ojciec Kustosz podniósł głowę i rzekł: chodźmy, czas coś zjeść. Nie odważyłem się na chyba słuszną w tych okolicznościach uwagę, że nie tylko duchem człowiek żyje. Przeżegnałem się i wyszliśmy z kaplicy. Najpierw poszliśmy po „Paciorka”. Siedział otoczony sporą gromadą pielgrzymów, którym opowiadał o swoich powstańczych przygodach. Deska-kula zastąpiona została wspaniałą laską, którą ktoś mu podarował. Deskę zabrał ktoś, zapewne w charakterze relikwii. Ojciec Kustosz zaprowadził nas do części klasztoru zamieszkałej przez mnichów. Pierwszy raz od dwóch miesięcy siedziałem w wannie z gorącą wodą. Ciężko mi było z niej wyjść. Dostaliśmy czystą bieliznę i wspaniały posiłek. W międzyczasie Ojciec Kustosz nawiązał kontakt z ludźmi NSZ w mieście.

 

Po „Paciorka” przyszła gruba i wielka gospodyni proboszcza z kościoła, o ile dobrze pamiętam, św. Barbary. Parafia tego kościoła stała się kwaterą „Paciorka” do końca wojny a sam „Paciorek” przydzielony został do miejscowego oddziału AS (Akcja Specjalna). W ten sposób rozstaliśmy się z „Paciorkiem” - pierwszy raz od przeszło dwóch miesięcy. Mnie Ojciec Kustosz zaprowadził na ulicę Kopernika (w pobliżu klasztoru), gdzie zamieszkałem u mjr. „Wasowskiego” (Stanisław Kasznica, późniejszy Komendant Główny NSZ, zamordowany w 1948 roku w więzieniu Urzędu Bezpieczeństwa w Warszawie). Mjr. „Wasowski” był w tym czasie Komendantem Okręgu NSZ Częstochowa.

 

Po kilkunastu dniach skierowany zostałem do Piotrkowa Trybunalskiego. Przed wyjazdem odwiedziłem „Paciorka”. Był to koniec października. „Paciorek”, najwyraźniej pod specjalną opieką gospodyni księdza, wyglądał wspaniale i wyraźnie utył. W grudniu, przed samymi świętami, przyjechałem raz jeszcze do Częstochowy. Planowaliśmy z „Paciorkiem” wyprawę jego oddziału AS do Piotrkowa. W parę tygodni później ruszyła ofensywa sowiecka. W ciągu paru dni Piotrków i Częstochowa zajęte zostały przez Armię Czerwoną. Okupację niemiecką zamieniliśmy na okupację sowiecką.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Spotkanie z "Paciorkiem" po 44 latach

 

Od tego czasu nie widzieliśmy się z „Paciorkiem” 44 lata. Ponownie spotkaliśmy się w Warszawie 1-go sierpnia 1989 roku na uroczystości odsłonięcia pomnika upamiętniającego powstanie warszawskie w jego 45 rocznicę. On, emerytowany nauczyciel warszawskiego gimnazjum, ja starzejący się kanadyjski architekt. Radosne to było spotkanie i opowiadań nie było końca. „Paciorek” już w październiku 1945 roku został aresztowany przez komunistów. Razem z grupą naszych kolegów w styczniu 1946 roku wytoczono im proces sądowy. Zarzucono im działalność na szkodę państwa polskiego. Śmieszne i niepoważne zarzuty stawiane ludziom, którzy całe życie poświęcili Polsce. Żołnierze Polski Podziemnej, powstańcy warszawscy nazwani zostali „zaplutymi karłami reakcji”.

 

Niestety „Paciorek” nie zostawił po sobie spisanych wspomnień, a mnie dzisiaj, po 22 latach, trudno przytoczyć szczegóły naszych rozmów. Opisy upokorzeń, które stały się jego udziałem. Obłędne teorie i absurdalne dogmaty socjalistycznego "raju", o których bełkotał przesłuchujący go Józef Goldberg-Rózański – oficer NKWD i kat nr.1 Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Razem z „Paciorkiem” aresztowano 12 podchorążych NSZ. Po wyjściu z więzienia chłopcy ci, których jedyną winą było to, że byli Polakami świadomie i czynnie walczącymi o niepodległość Polski (większość z nich to żołnierze powstańczej kompanii „Warszawianka”), naznaczeni zostali kainowym piętnem „wrogów Polski Ludowej”. Zepchnięto ich na margines życia społecznego.

 

Powolna agonia zbrodniczego komunizmu, zmiana ustroju i powrót do wolnego świata przyszły dla nich za późno. Kiedy w końcu lat osiemdziesiątych zaczęli się znów spotykać, kiedy kraj otrząsnął się z komunistycznego półwiecza „radosnej twórczości” – „Paciorek” był jednym z pierwszych, którzy słowo NSZ przestali wymawiać szeptem.

 

 

Niewielu z nich zostało przy życiu. Ci, co żyją są dzisiaj ludźmi starymi i zmęczonymi. Nie wolno nam o nich zapomnieć! Niech nowe pokolenie, które przejmuje teraz losy kraju w swoje ręce, zachowa w pamięci tych 13 nazwisk oficerów i podchorążych Narodowych Sił Zbrojnych:

 

Czesław Dziak ps. „Zbigniew Boruta”

Olgierd Guttakowski ps. „Olgierd”

Tadeusz Jezierski ps. „Mans”

Jerzy Kasprzak

Tadeusz Linowski ps. „Hermes”

Bogdan Masłowski ps. „Trzepałko”

Stefan Pietrzak ps. „Paciorek”

Zdzisław Romanski

Jerzy Regulski ps. „Falk”, „Jacek”

Zdzisław Sadowski ps. „Czarski”

Saturnin Sowinski ps. „Serwinski”

Antoni Symonowicz ps. „Antoni”

Andrzej Zaorski ps. „Andrzej”

 

Maciej Szymański, 11.11.2011