Wspomnienia Stanisława Duczymińskiego ps. "Niemira" - żołnierz NSZ, PAS.

Gdy zwrócono się do mnie o napisanie wspomnień z czasów partyzanckich, stanąłem wobec dylematu, o czym pisać. Pisanie o wszystkim, przekroczyłoby zadane rozmiary tekstu, więc konieczny był wybór niektórych tylko wątków. Opublikowana już literatura wspomnieniowa, zawiera opisy wielu akcji zbrojnych, skierowanych przeciwko okupantowi niemieckiemu, sowieckiemu i przeciwko ogłupionym lub sprzedajnym wprowadzaczom reżimu stalinowskiego.

 

Większość opisów akcji zbrojnych, naturalną rzeczy koleją, przeważnie zawiera omówienie kolejnych faz taktycznych, poczynając od wywiadowczego rozpoznania celu i zorganizowania środków walki dających konieczną siłę uderzenia, a kończąc na samym uderzeniu i ewakuacyjnym odskoku po wykonaniu zadania. Powielenie opisu jeszcze jednej akcji według powyższego schematu, który w partyzanckiej praktyce zawsze był stosowany, uznałem za mijające się z celem.

 

Ponadto, na tematy obrazujące patriotyzm, poświecenie i heroizm żołnierzy NSZ, pisali już więksi ode mnie. Pisał o tym m.in. Stanisław Żochowski ps. „Strzała” – Szef Sztabu Komendy Głównej NSZ i późniejszy kurier do Londynu, Antoni Dąbrowski ps. „Bohun” – dowódca Brygady Świętokrzyskiej, Władysław Kołaciński ps. „Żbik” – dowódca wielkiego oddziału partyzanckiego oraz pisał Czesław Czaplicki ps. „Ryś” – dowódca oddziału Pogotowia Akcji Specjalnych II Okręgu NSZ, pod komendą którego przez pewien czas służyłem.

 

Wychodząc więc z założenia, że żaby nie podstawiają łap, tam gdzie kuje się konie, postanowiłem opisać raczej życie partyzanckie od kuchni, obejmujące zdarzenia może mało istotne, ale wypełniające lukę w zakresie tzw. prozy życia partyzanckiego, która wryła się w pamięć nie zawsze dlatego, że mogła być powodem do satysfakcji.

 

Moja przeszłość, którą obecnie, ze względu na jej charakter i konsekwencje, nazywam przeszłością polityczną, zaczęła się niestety jeszcze wówczas, gdy nie tylko o polityce, ale także o samym życiu nie miałem żadnego pojęcia.

 

Było to jesienią 1943, w okresie, gdy po wysiedleniach mieszkańców pow. przasnyskiego w celu utworzenia na tym terenie niemieckiego poligonu wojskowego, musieliśmy opuścić nasz majątek w Zawadach, gm. Dzierzgowo, zamieszkałem we wsi Stryjewo Małe w pow. ciechanowskim. Odwiedził mnie wtedy Czesław Zaborowski, pochodzący z niedalekiej wsi Strzelnica. Zaborowskiego znałem jeszcze z przed wojny, gdy w czerwcu 1939 r. kończyłem w Mławie 5-tą klasę szkoły podstawowej, on, będąc ode mnie o kilka lat starszy, kontynuował liceum. Znajomość ta była bardzo luźna. Różnica powodowała, że nie byliśmy wówczas kolegami. Od tamtych szkolnych czasów nie widywałem go. W momencie, gdy mnie odwiedził miałem 16 lat, a on mógł mieć ok. 24.

 

Zaborowski wywołał mnie z domu. Poszliśmy na spacer, gdzie spotkaliśmy oczekującego nas, nieznanego mi osobnika, będącego w wieku Zaborowskiego. Zaczęła się rozmowa, a raczej wykład Zaborowskiego, którego z zapartym tchem słuchałem. Zaborowski oświadczył, że wojna Polski z Niemcami nie jest zakończona, że Wojsko Polskie istnieje i walczy nadal, że się przeorganizowało i zakonspirowało, i że nosi nazwę Narodowych Sił Zbrojnych oraz, że oni obaj są właśnie żołnierzami wchodzącymi w skład tych sił. Zarówno Zaborowski, jak i nieznany osobnik ubrani byli po cywilnemu, lecz byli uzbrojeni. Zaborowski posiadał pistolet marki „Vis”, zaś nieznajomy miał zdobyczny pistolet niemiecki, marki „Parabellum”. Ponadto obaj mieli granaty, takie same, jakie widziałem u naszych żołnierzy, gdy bezpośrednio przed wybuchem wojny, w lecie 1939 r. stacjonowali w Zawadach. Pistolet „Vis” znałem również z widzenia, gdyż wówczas, w sierpniu 1939r., jeden ze stacjonujących u nas oficerów dawał mi go do ręki, w zamian za jabłka, jakie przynosiłem mu z ogrodu. Pistolet ten był wówczas szczytem moich chłopięcych marzeń. Dotykałem go, jak relikwii. Po raz drugi zobaczyłem taki pistolet u Zaborowskiego.

 

Jak już wspomniałem, miałem wtedy 16 lat i mieszkałem na głuchej wsi. Nienawidziłem Niemców tak, jak nienawidzili ich wówczas wszyscy Polacy. Była to jednak nienawiść  bezsilna, która nagle mogła znaleźć upust. Wiedziałem, że gdzieś na odległych frontach toczy się wojna z Niemcami, ale nie miałem pojęcia, że w Polsce, oprócz niemieckiego terroru, dzieje się cokolwiek innego.

 

Tym, co usłyszałem i co zobaczyłem, byłem radośnie zaskoczony i zachwycony. Zaborowski oświadczył mi, że Narodowe Siły Zbrojne potrzebują mnie i zapytał, czy zechcę wstąpić w ich szeregi. Zgodziłem się z entuzjazmem. Byłem im wdzięczny, że przyszli do mnie z tą propozycją. Nie wiedziałem wówczas, że podejmuję decyzję, która zaciąży później nade mną przez długie lata licznymi konsekwencjami, nie zawsze proporcjonalnymi do moich czynów. Akt zaprzysiężenia trwał krótko. Nie pamiętam dziś roty przysięgi. Przypominam sobie tylko, że były w niej piękne słowa , m. in. o Bogu, o ojczyźnie, o honorze, o walce z Niemcami, o wierności Polsce i o posłuszeństwie wobec dowódców.

 

Po złożeniu przysięgi, Zaborowski oświadczył mi, że zostałem żołnierzem NSZ, zgrupowania gm. Grudusk, II Okręg NSZ Mazowsze Północne w stopniu szeregowca i jako taki otrzymam pierwsze zadanie. Było ono następujące: na froncie wschodnim tracili Niemcy wielkie ilości sprzętu wojskowego, w tym wiele środków transportowych. Nie wszystko i nie zawsze było niszczone doszczętnie. Nadające się do naprawy jednostki remontowano pośpiesznie w warsztatach zorganizowanych na głębokim zapleczu frontu. Taki właśnie warsztat zorganizowano m.in. w Mławie, gdzie przed wojną uczęszczałem do szkoły. Przychodziły tam z frontu postrzelane samochody do naprawy. Zaborowski miał informacje, że w różnego rodzaju skrytkach i zakamarkach tych samochodów, polscy robotnicy pracujący w warsztatach znajdują amunicję, granaty, a czasami nawet broń.

 

Chodziło o nawiązanie z nimi kontaktu i zorganizowanie odbioru znalezionej amunicji, granatów i broni. Wg informacji Zaborowskiego, w warsztatach miał pracować niejaki (Tadeusz?) Maćkowski. Należało nawiązać z nim kontakt, a w przypadku niedojścia do porozumienia, należało ustalić czy w warsztatach nie pracują moi szkolni koledzy lub koledzy moich kolegów i z nimi nawiązać kontakt. Po dojściu do porozumienia należało zbadać możliwość zorganizowania drogi przerzutu znalezionych rzeczy poza teren warsztatów oraz możliwość zorganizowania na terenie Mławy punktu magazynowego, z którego mógłby nastąpić dalszy odbiór. Po raport w powyższych sprawach miał się do mnie zgłosić w określonym terminie Zaborowski lub towarzyszący mu osobnik.

 

Ponadto, Zaborowski wprowadził mnie w podstawowe zasady konspiracji. Pouczył mnie, że w konspiracji nie używa się nazwisk i że należy posługiwać się pseudonimami. Dowiedziałem się wówczas, że Zaborowski nosi pseudonim „Żaba”, a jego towarzysz używa ps. „Kret”. Znacznie później, nie pamiętam już z jakiego źródła dowiedziałem się, że „Kret” podobnie, jak ja, pochodził z jakiejś wsi leżącej w północnym rejonie wysiedlonego przez Niemców poligonu oraz, że nosi nazwisko Kazimierz Białobrzeski.

 

Poinformowano mnie, że z niewyjaśnionych mi bliżej względów konspiracyjnych wskazanym jest, abym posługiwał się pseudonimem rodzaju żeńskiego i oświadczono, że zostanę wciągnięty do sztabowej ewidencji pod pseudonimem „Czeremcha”, którym mam się posługiwać. Po wykonaniu zadania, tj. po uzyskaniu z Mławy pierwszej partii niemieckiej amunicji, NSZ miały wyposażyć mnie w broń. Prosiłem o „Visa”, do którego czułem wielki sentyment.

 

Przebieg mojej działalności konspiracyjnej był następujący: bez trudu odnalazłem w Mławie Maćkowskiego, który rzeczywiście pracował w warsztatach remontujących samochody wermachtu. W samochodach rzeczywiście masowo znajdowano zapomniane lub pozostawione na skutek niedbalstwa żołnierzy niemieckich granaty. O znajdowaniu broni nie słyszano. Niemców w warsztatach pracowało niewielu, większość stanowili Polacy. Wychodzący z pracy robotnicy polscy byli w bramie rewidowani. Rewizje były wprawdzie wyrywkowe, gdyż rewidowano nie wszystkich i nie każdego dnia, ale pomimo to ryzyko było wielkie, gdyż stawką całej zabawy było życie.

 

Okazało się, że znałem przed wojną Maćkowskiego z widzenia. Był 2 lata starszy ode mnie i chodził do tej samej szkoły co ja. Miał opinię nieuka, ale prawdziwe przyczyny nieuctwa były inne. Ojciec Maćkowskiego był chory na gruźlicę, w domu była bieda i trudne warunki  mieszkaniowe. Maćkowski nie miał warunków do nauki. Dublował którąś z niższych klas, a w 1939 r. ponownie nie uzyskał promocji i miał dublować klasę szóstą. Tym sposobem w roku szkolnym 1939/40, który na skutek  wojny nigdy się nie rozpoczął, mieliśmy się spotkać w jednej klasie.

 

Gdy wyjaśniłem mu o co mi chodzi, wybuchnął śmiechem. Okazało się, że jeszcze przedtem, zanim się z nim skontaktowałem, wyniósł z warsztatów sporo amunicji, sam, nie proszony przez nikogo, z własnej inicjatywy i bez określonego celu. Ot tak, powodowany młodzieńczą fanfaronadą i na przekór okupantom. Była to w większości amunicja do broni krótkiej, zwykłej i maszynowej, kal. 7,65, na której właśnie „Żabie” najbardziej zależało. Maćkowski wyjaśnił mi, że zorganizowanie przerzutu nie będzie tak trudne, jakby się to na pozór wydawało. Przenoszenie przez bramę i narażanie się na rewizję uważał za możliwe, ale zbyt ryzykowne. Znał bezpieczniejsze sposoby.

 

Warsztaty posiadały własne samochody gospodarcze. Kierowcami tych samochodów byli Polacy. Ekipy załadowczo-wyładowcze składały się również z robotników polskich. W przejeżdżającym przez bramę samochodzie można było nie jedno przemycić. Poza tym samochody po zakończeniu napraw poddawane były próbnym jazdom, które stwarzały podobne możliwości. Maćkowski poradził mi, abym nie wdając się w szczegóły pozostawił mu sprawę. Podjął się zorganizowania drogi przerzutowej w możliwie najbardziej bezpieczny sposób. Zgodnie z zasadami konspiracji, miałem się kontaktować tylko z nim, a on z pozostałymi. Ponadto, Maćkowski zgodził się również na zorganizowanie punktu magazynowego amunicji w składziku na opał należącym do jego rodziców

 

Do organizacji Maćkowskiego nie wciągałem: byłem od niego młodszy i nie posiadałem umiejętności przeprowadzania tego rodzaju podniosłych i uroczystych aktów, a on nie upominał się o to. Koleżeństwo, przyjaźń i wspólna nienawiść do Niemców, okazały się dla ułożenia naszej współpracy płaszczyzną zupełnie wystarczającą.

 

W rezultacie wyjechałem z Mławy nie tylko wykonawszy zlecone mi przez „Żabę” zadanie przeprowadzenia rozeznania i nawiązania kontaktu, ale ponadto, obładowany zabraną od Maćkowskiego amunicją, której nie spodziewano się tak szybko i w takich ilościach.

 

Opisaną działalność, tzn. odbiór amunicji od Maćkowskiego i przerzucanie jej w rejon powiatu ciechanowskiego prowadziłem przez ok. 1 roku, tj. od jesieni 1943 r. do jesieni 1944 r., kiedy to akcja sparaliżowana została niezwykle intensywnym zagęszczeniem wojsk niemieckich na naszych terenach. Jesienią 1944 r. znaleźliśmy się w przyfrontowej strefie: front stał na rzece Narwi, w odległości ok. 50 km od mego miejsca zamieszkania. Wieś Stryjewo Małe nabita została wojskiem niemieckim i kolaboracyjnym wojskiem ukraińskim, noszącym niemieckie mundury. Wojsko kwaterowało w chałupach, oborach, stodołach i wszędzie. W niewielkim lasku, leżącym ok. 200 m od domu, w którym mieszkałem, urządzili Niemcy magazyn wojskowy. Las i teren przyległy łącznie z naszym obejściem były silnie strzeżone.

 

Podobnie było we wszystkich okolicznych wsiach i miejscowościach leżących na dotychczasowej trasie przerzutowej z Mławy. Obowiązywała godzina policyjna, drogi były ściśle kontrolowane, a możliwości poruszania z opisywanym „towarem” żadne. Ostatni kurs z Mławy zakończył się niepowodzeniem: musiałem w drodze pozbyć się wiezionej amunicji, gdyż nie było możliwości przedarcia się z nią. Następne, próbne, tzn. na pusto, bez amunicji wykonywane kursy wykazywały to samo. W tej sytuacji, wydano rozkaz wstrzymania akcji do odwołania. Odwołanie to nie nastąpiło, gdyż w połowie stycznia 1945 r. w wyniku ofensywy Armii Czerwonej, front przewalił się nad nami i szybko przesunął na północny zachód.

 

W drodze trwania akcji zrobiłem kilkadziesiąt kursów do Mławy (jazdy odbywały się co ok. 2 tygodnie) w toku których przeniosłem znaczne ilości amunicji. Broni nie udało się opisywaną drogą zdobyć, gdyż wg relacji Maćkowskiego, nigdy jej na terenie warsztatów nie znaleziono. Przeżyłem w tym okresie wiele niebezpieczeństw i niejednokrotnie wpadka wisiała na włosku.

 

W okresie trwania akcji, w miarę dostarczania coraz większych ilości amunicji, dwukrotnie, bez zachowania kolejności szarż awansowałem: w momencie ustępowania Niemców byłem w stopniu sierżanta. Ponadto, w IV kwartale 1944 r., wraz z rozkazem wstrzymania akcji, „Kret” przekazał mi wiadomość, że odznaczony zostałem Krzyżem Walecznych. Zarówno awanse, jak i odznaczenie, załatwiane były ustnie, ze względów konspiracyjnych. Nie otrzymywałem do ręki żadnych świadectw. Mówiono mi, że wszystko figuruje w moich danych ewidencyjnych prowadzonych w kartotece sztabowej. Po wojnie miałem otrzymać wszystko, co należy.

 

Z omawianych tu osób, przeżyły wojnę tylko dwie, tj. Maćkowski i ja. Z Maćkowskim spotkałem się po wojnie jedyny raz, we Wrocławiu, przypadkowo, na ulicy. Było to ok. 1950 r. Pracował wówczas w którymś z miasteczek na Dolnym Śląsku, jeśli dobrze pamiętam, jako kierowca. Podobnie, jak jego ojciec, był chory na gruźlicę. Bardzo źle wyglądał. Jeśli doczekał nowoczesnych leków przeciwgruźliczych, może żyje dotychczas.

 

„Żabie” nie dopisało szczęście. Wpadł w ręce Niemców i zginął w ciechanowskim Gestapo. Po jego aresztowaniu „Kret” nakazał mi przerwanie akcji i ukrywanie się: przez jakiś czas nie sypiałem w domu. Istniała obawa, że „Żaba” nie wytrzyma badań. Obawy te nie sprawdziły się. „Żaba” zginął nie sypnąwszy nas. Po jego śmierci akcja została wznowiona. Przerwa trwała ok. 1 miesiąca.

 

Najbardziej chyba głupio zginął „Kret”. Przeżył w zasadzie wojnę, gdyż dopiero w momencie, gdy przez nasze tereny przechodził front, w jakichś nieznanych mi bliżej okolicznościach został zatrzymany przez żołnierzy Armii Czerwonej i rozstrzelany. Znaleziono przy nim niemiecką broń (miał pistolet „Parabellum”), ale to jeszcze nie było powodem. Oprócz niemieckiej broni, znaleziono przy nim pieczęcie z niemiecką wroną trzymającą w szponach swastykę i z napisami w niemieckim języku. Ponadto znaleziono przy nim urzędowe niemieckie druki. Pieczęcie były falsyfikatami służącymi do wykonywania „lewych” dokumentów, natomiast druki (przepustki, karty pracy, karty żywnościowe itp.) zdobyte były przez Polaków pracujących w niemieckiej administracji i służyły celom konspiracyjnym. Z przepustek od „Kreta” sam korzystałem w moich rajdach do Mławy.

 

Do dziś nie mogę zrozumieć, dlaczego on miał wówczas ten cały majdan przy sobie. Wzięto go za przebranego Niemca lub volksdeutscha i rozstrzelano. Incydent wyniknął w drodze, w znacznym oddaleniu od terenów, gdzie go znano. Z tych względów nikt ze znajdujących się w pobliżu Polaków nie mógł dać świadectwa prawdzie i rozwiać podejrzeń. W owych dniach, gdy dopalały się jeszcze pofrontowe zgliszcza, gdy kanonada frontowa była bardzo bliska, a w terenie spotykano masowo niedobitki rozbitych dywizji niemieckich, kiedy na dochodzenie i śledztwo nie było ani czasu, ani warunków, wiele – niestety – mogło się zdarzyć.

 

Począwszy od czerwca 1944, cała struktura II Okręgu NSZ weszła w skład Armii Krajowej. Scalenie odbyło się jednak tylko na szczeblach Komendy Okręgu i na szczeblach Komend Powiatowych. Na niskich szczeblach dowodzenia, plutony NSZ zachowały odrębność i podporządkowane były Armii Krajowej tylko poprzez swoich dowódców. Do mojej służby scalenie NSZ z AK nie wniosło żadnych istotnych zmian: nadal obsługiwałem „akcję” odbioru amunicji z Mławy. [według relacji rodziny Kazimierza Białobrzeskiego ps. "Kret":  pochodził ze wsi Kitki (wieś została w całości wysiedlona na początku wojny) i był synem Jana Białobrzeskiego. Został zatrzymany przez dwóch funkcjonariuszy NKWD w styczniu 1945 roku i pod zarzutem szpiegostwa rozstrzelany we wsi Łysakowo k. Gruduska. Egzekucja odbyła się na oczach mieszkańców wsi, którzy przekazali wiadomość rodzinie. - red. KW].

 

Po przejściu frontu, możliwości uzyskiwania amunicji w Mławie skończyły się i skończyła się moja „akcja”. Nie była już potrzebna, gdyż pełno było amunicji, pozostawionej przez Niemców w czasie odwrotu. Coś, co w 1944 r. było trudne do zdobycia, stało się nagle niemal ogólnie dostępne. Nawet dzieci bawiły się amunicją, detonując ją w ogniskach. Dopiero po kilku tygodniach sowieci zaczęli zagospodarowywać wojskowe pozostałości po wermachcie. Ale wtedy magazyny NSZ były już pełne.

 

Jeszcze w styczniu 1945r., nie pamiętam właściwie po co, prawdopodobnie z ciekawości, jak wygląda miasto bez Niemców, pojechałem do Ciechanowa. Podróż odbyłem autostopem, radzieckim samochodem wojskowym. Po drodze z ogromną satysfakcją widziałem długie kolumny znienawidzonych żołnierzy niemieckich, prowadzonych pieszo, na wschód, do niewoli. W Ciechanowie zobaczyłem polskie flagi na budynkach i polskie wojsko. Płakałem.

 

Idąc po mieście, widziałem  plakaty z hasłami.  Głosiły one w jednym miejscu „śmierć bestii hitlerowskiej” i nieopodal – „śmierć zdrajcom i bandytom spod znaku NSZ”. Pod wpływem lektury plakatów dostałem zamętu w głowie. Byłem wstrząśnięty i rozżalony: dlaczego na jednym murze i niemal jednym, tchem, głosi się śmierć hitlerowcom i Narodowym Siłom Zbrojnym? Przecież nie miałem sobie nic do wyrzucenia. Z narażeniem życia kradłem Niemcom i transportowałem amunicję. Byłem przekonany, że uzbroi ona naszą polską broń. Głęboko wierzyłem, że broń ta, wymierzona będzie przeciwko Niemcom. Z NSZ znałem osobiście „Żabę” i „Kreta”. Obaj byli przyzwoitymi ludźmi i nienawidzili Niemców tak samo, jak ja. „Żaba” zginął bohaterską śmiercią na Gestapo. Byłem przekonany, że całe NSZ składały się z takich ludzi, jak my. Więc dlaczego? Nie rozumiałem nic. Byłem całkowicie zdezorientowany i przeświadczony, że dzieje się niesprawiedliwość.

 

Do Ciechanowa jechałem wesół i szczęśliwy, z poczuciem dobrze spełnionych obowiązków i z ochotą wykonania jeszcze nie jednego. Spodziewałem się, że wkrótce nastąpi legalizacja mojego stopnia wojskowego i odznaczenia. Wracałem z Ciechanowa przybity i zgnębiony. Z lektury plakatów wyciągnąłem wniosek, że przynależność do NSZ nie tylko nie stanowi powodu do chwały, ale przeciwnie, stanowi niebezpieczeństwo, którego rozmiarów nie umiałem ocenić. Na wszelki wypadek postanowiłem milczeć.

 

Stan scalenia NSZ z AK trwał na naszym terenie od czerwca 1944 do stycznia 1945, do zdemobilizowania i rozwiązania Armii Krajowej, tj. przez okres ok. 7 miesięcy. Dowódcy struktur NSZ, będący po scaleniu zastępcami dowódców AK, nie wykonali demobilizacyjnego rozkazu, nie przekazali go w dół i powróciwszy do poprzedniej nazwy NSZ, kontynuowali walkę z nowym okupantem. Szeregi NSZ zasiliło wtedy wielu żołnierzy AK, którzy nie zgodzili się na upokarzające zaprzestanie walki na kilka miesięcy przed zakończeniem wojny.

 

W lutym 1945 uruchomiono w Ciechanowie szkolnictwo. Przeniosłem się tam i zająłem opuszczone przez Niemców mieszkanie. Rodzice pozostali na wsi w Stryjewie, ponieważ po wprowadzeniu dekretu PKWN, wrócić do Zawad, do naszego domu rodzinnego już nie mogli. Ja wstąpiłem w Ciechanowie do II kl. gimnazjum dla dorosłych. Gimnazjum to nauczało systemem przyśpieszonym: w ciągu jednego roku szkolnego przerabiano dwie klasy.

 

W marcu lub kwietniu 1945 r. za pośrednictwem Henryka Pszczółkowskiego ps. „Myśliwy” złożyłem wniosek o przyjęcie mnie do leśnego oddziału NSZ. Byłem wtedy już w przededniu wkroczenia w 19 rok życia. Moją prośbę załatwiono pozytywnie. W maju 1945 r. zostałem wcielony do Plutonu Akcji Specjalnych NSZ, którego dowódcą okazał się mój, od 1943 r. znajomy z rejonu Przasnysza, ppor. Czesław Czaplicki ps. „Ryś”.

 

Po otrzymaniu promocji do III kl. gimnazjum, latem 1945 r. wyjechałem z Ciechanowa na wieś, do Stryjewa. Nie miałem środków do życia i chciałem w czasie wakacji zarobkowo na wsi popracować. Wtedy przyszedł do wsi oddział, w którym spotkałem wielu kolegów i dalszych znajomych, o których wcześniej nie wiedziałem, że należą do tej samej formacji, co ja, a także poznałem wielu nowych. W oddziale byli m.in. następujący żołnierze NSZ: Edward Sielski ps. „Morawa”, Wojciech Organowski ps. „Fryga”, Stanisław Czaplicki ps. „Sęk”, Zygmunt Kamiński ps. „Biały”. Skład osobowy Plutonu był mieszany: część żołnierzy pochodziła z NSZ i część z rozwiązanej AK, byli uzbrojeni w broń maszynową, a ponadto posiadano 2 LKM, które w marszu, oprócz broni osobistej, nosiło się na zmianę. Zabrali mnie ze sobą. Zostałem uzbrojony i włączony do oddziału. Protestujących rodziców oczywiście nikt nie słuchał. Powiedziano im, że za parę dni wrócę. Przyjąłem wtedy pseudonim „Niemira”.

 

Wraz z Plutonem AS „Rysia”, brałem udział w akcjach zbrojnych na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego na terenie powiatów: Przasnysz, Maków Mazowiecki, Ciechanów i Mława. Jedna z akcji polega na odszukaniu jakiegoś człowieka, który miał mieszkać w jakiejś odległej o kilkanaście km wsi. Dziś, po 50 latach, jakie od owych czasów minęły, nie pamiętam ani nazwy wsi, ani nazwiska człowieka. Przypominam sobie, że wyrażano się o nim „Winklak”, ale nie wiem, czy to było nazwisko czy pseudonim.

 

Marsz odbywał się w nocy. Do docelowej wsi doszliśmy bez przeszkód. W jednej z pierwszych chat zasięgnięto języka, w którym obejściu mieszka poszukiwany osobnik. Po dojściu do docelowej posesji, dowódca posłał dwu ludzi, którzy mieli go wywołać z domu. Reszta pozostała w ukryciu. Była jasna, księżycowa noc. Wszystko było widać, jak na dłoni.

 

Nagle, dobijający się do budynku dwaj nasi ludzie, zostali niespodziewanie ostrzelani z broni maszynowej. Wycofali się bez szwanku. Dowódca rozwinął ludzi w tyralierę i nakazał okrążenie całego obejścia.  Gdy pierścień został zamknięty, rozkazał otwarcie ognia z wszystkich jednostek broni. Z drewnianego poszycia ścian stodoły posypały się drzazgi. Strzelałem wówczas i ja, z automatu marki Schmeiser. Po wstrzymaniu ognia wezwano załogę stodoły do poddania się.

 

Po dłuższej chwili wyszedł z niej jeden człowiek w cywilnym ubraniu. Ręce miał podniesione do góry i trzymał w nich automat nad głową. Przyjrzałem się pojmanemu z bliska. Nie znałem go. Po rozbrojeniu jeńca, dowódca skierował większość ludzi na ubezpieczenie wylotowych dróg wsi, a sam wraz z kilkoma ludźmi z oddziału i z jeńcem pozostał w środku wsi. Ja wchodziłem w skład ubezpieczenia, które zajęło pozycję na jednym skraju wsi. Wieś była nieduża, to też słyszałem, co się działo w środku. Nie słyszałem rozmów, ale słyszałem przeraźliwe wycie bitego jeńca. Egzekucja trwała długo, zbito go do nieprzytomności.

 

Z prowadzonych półgębkiem w oddziale rozmów dowiedziałem się później, że początkowo chciano „Winklaka” rozstrzelać. Zamiaru zaniechano, gdyż przekonał dowódcę, że nie chciał zabijać ludzi, których ostrzelał, natomiast chciał ich tylko odstraszyć. Strzelał celowo nie w nich, ale nad ich głowami. Argument był przekonywujący, gdyż rzeczywiście, ludzie ci byli idealnie wystawieni na strzał i mogli być skoszeni jedną serią. „Winklak” rzeczywiście nie mógł chcieć ich zabić, bo mógł to uczynić bez trudu. Ponadto dowiedziałem się, że cała „akcja” była wynikiem jakichś wewnętrznych porachunków organizacyjnych: „Winklak” należał do NSZ i został za coś ukarany.

 

Po którejś z rzędu „akcji” zrobiono znowu „odskok”, wielokilometrowy, wykonywany forsownym marszem nocnym, po chaszczach i wertepach Kurpiowszczyzny. Zapadliśmy na postój w zabudowaniach jakiegoś gospodarstwa pod lasem. Był wczesny brzask i robiło się widno. Żołnierze, po uwolnieniu się od ciężaru dźwiganego żelastwa, legli pokotem w stodole, żeby odespać trudy i stresy minionej nocy. Jednak nie wszyscy mogli pójść spać. Niektórzy, prosto z marszu, musieli stanąć na posterunkach ubezpieczenia. Dowódca wyznaczył i na dojściach do naszego postoju rozlokował służbę wartowniczą. Tym razem wypadło na mnie. Każdy kiedyś musiał, więc nie było odwołania.

 

Objąłem wyznaczony posterunek i strefę obserwacji. Był czerwiec. Coraz wyższe słońce zaczęło prażyć. Zdjąłem buty, przemoczone marszem po nocnej rosie i wystawiłem je na słońce do przeschnięcia. Sam usadowiłem się wygodnie w cieniu krzaków i ta wygoda zgubiła mnie.

 

Ptaki śpiewały, jak szalone, a od łąk niosły się zapachy lata. W głowie kłębiły różne myśli, wśród których przeważało marzenie, z jaką rozkoszą pójdę spać po skończeniu warty. Sam nie wiem, kiedy zasnąłem. Obudził mnie dowódca, por. "Ryś", który przewidująco, będąc tak samo niewyspany, jak wszyscy, sam sobie wyznaczył funkcję inspekcyjnego służby wartowniczej. Zerwałem się na równe nogi. Nie znalazłem żadnej odpowiedzi na pytanie, czy tak powinno się ubezpieczać odpoczywający oddział. Zawiodłem. Wystawiłem wszystkich na niebezpieczeństwo zaskoczenia. Nie byłem w stanie podnieść głowy i spojrzeć dowódcy w oczy. Długo czułem się, jak słusznie zbity pies. I do dziś, pomimo upływu ponad 50 lat, nie całkiem się od tego wstydu uwolniłem.

 

Pamiętam też inny odskok, wykonywany komfortowo, bo tym razem, dowódca zafundował nam konne podwody. Rozlokowaliśmy się na kilku drabiniastych wozach wypełnionych słomą, która na wybojach śródpolnych dróg, sprężyście łagodziła wstrząsy. Mój wóz był w środku kolumny, więc mogłem skorzystać z dobrych warunków do spania i pospać sobie legalnie. Przed punktem docelowym zwolniliśmy podwody. Pozostawało kilku kilometrowe dojście piesze, gwarantujące, że zwolnieni woźnice, chociaż swoi i pewni, nie będą znali dokładnego miejsca postoju.

 

W czasie rozładunku z przerażeniem stwierdziłem, że nie wszystko mam, z czym wsiadałem na wóz. Pistolet miałem w kaburze na pasie. Pas automatu przeplotłem przez pas mundurowy, więc automat też był. Brakowało mi granatu. Był to polski granat z 1939 r. Nosiło się go zatykając tzw. łyżką za pas. Gdy było się w pozycji stojącej, granat własnym ciężarem pewnie tkwił za pasem. Kiedy jednak położyłem się do spania na wozie, wstrząsy na wybojach drogowych spowodowały, że w czasie snu, łyżka wysunęła się zza pasa i granat przepadł, bo drabiniasty wóz był ażurowy i nie zatrzymał go. Miałem więc nową obsuwę. Utraciłem służbowe wyposażenie, które w potrzebie bywało deską ratunku. Na szczędźcie granatów mieliśmy pod dostatkiem, więc straty przebolano. Wstyd był mniejszy, ale był.

 

Na jednym z postojów wyniknęły kłopoty organizacyjne. Tym razem nawalili łącznicy, którzy przegapili sprawy aprowizacyjne. Okazało się, że gospodarz, chwilowo nie ma takich zapasów, którymi można byłoby nakarmić oddział. Dowódca zbeształ łączników, bo można było wybrać inne miejsce postoju, a i w tym byłoby inaczej, gdyby gospodarza wcześniej poinformowano o potrzebach.

 

Rzecz się jednak już stała. Był dzień i zmiana miejsca postoju nie wchodziła w rachubę, bo marsze dzienne ze względów konspiracyjnych wykluczano. Służby wartownicze już rozlokowane a pozostali żołnierze poszli spać. Już idąc spać nie byli najedzeni. Wiadomo więc było, jak wściekle będą głodni, gdy się obudzą.

 

Wyjście z sytuacji zaproponował gospodarz, przeznaczając na wyżywienie owcę. Była żywa. Trzeba ją było tylko zabić i zrobić z niej gulasz. Pech chciał, że do zabicia owcy wyznaczono mnie i jeszcze jednego patałacha. Uśmiercenie owcy przy użyciu broni nie wchodziło w rachubę. W ciągu dnia, na postoju obowiązywała cisza. Strzały mogły nas zdekonspirować, więc rzecz musiała być załatwiona po cichu, tzn. nożem. Weszliśmy do kojca. Zaprzyjaźnione z ludźmi zwierzę spojrzało na nas z wyrzutem, jakby pytając, dlaczego trzyma się je w kojcu, skoro na zewnątrz jest tyle trawy.

 

Zdarzało mi się zabijać zwierzęta, ale było to na polowaniu. Inaczej czuje się człowiek strzelając z dubeltówki do uciekającego zająca, a inaczej, gdy podchodzi się z nożem do poczciwej owcy w kojcu. Poczułem, że nie będzie mi łatwo. Próba scedowania sprawy na kolegę nie dała rezultatu. Żaden z nas nie kwapił się do noża. Stanęło na tym, że pociągniemy losy. Długa słomka wygrywa, krótka przegrywa. Przegrałem, ale nadal nie mogłem zmusić się do działania. Główkowałem, jak by tu tej przykrości uniknąć. Był moment, że chciałem iść do dowódcy z wnioskiem, żeby owcę zarżnęli łącznicy. Skoro nawalili, to teraz niech rżną.

 

Powstrzymała mnie myśl o tym, co może powiedzieć dowódca. A mógł mi wygarnąć, że na warcie zasypiam, granaty gubię, a teraz jeszcze migam się od nakarmienia oddziału. Mógł też zapytać, czy chcę zasłużyć na opinię maminsynka i ofermy batalionowej. Do takiej rozmowy nie mogłem dopuścić, więc pod presją tej sytuacji zrobiłem w końcu, co trzeba. Ale gulaszu nie jadłem i długo pamiętałem oczy tamtej owcy.

 

18 lat miałem wtedy już skończone. Mój towarzysz był niewiele starszy. Naszą ówczesną dziecinadę wspominam dziś z łezką w oku. I zastanawiam się, jak ona pasuje do czarnej legendy o zbirach z NSZ, lansowanej przez komunistyczną propagandę.

 

Narodowe Siły Zbrojne były wojskiem bez koszar, bez wydzielonych służb kwatermistrzowskich, aprowizacyjno-żywnościowych, taborowych, finansowych i wielu innych, bez których nie może funkcjonować żadne normalne wojsko. A my, wbrew tym teoretycznym niemożliwościom funkcjonowaliśmy.

 

Mogliśmy istnieć dzięki poparciu społeczeństwa wiejskiego, które uważało nas za swoje wojsko i które witało nas z radością i nadzieją. To ono nas kwaterowało, karmiło, odziewało, służyło nam informacją, leczyło rannych i niekiedy grzebało zabitych. Rekompensowało brak służb, których nie mieliśmy lub mieliśmy w szczątkowych rozmiarach.

 

Ówczesny dowódca oddziału musiał mieć kwalifikacje, jakich obecnie nie ma żaden oficer. Miał na głowie dosłownie wszystko. Musiał organizować nie tylko operacyjne działania pierwszej linii lecz także i te, którymi w normalnym wojsku zajmowałyby się pomocnicze służby zaplecza. Musiał organizować nie tylko łączność z dowództwem wyższego szczebla i nie tylko wywiad rozpoznający wyznaczone cele. Nie tylko akcję zbrojną, lecz także i bezpieczny, mylący pościgi odskok. Musiał zadbać o to, żeby żołnierz miał czym strzelać, i o to, żeby nie był głodny, nie chodził boso oraz miał gdzie nieprzespane noce bezpiecznie odespać.

 

Jaki z tym wiązał się gąszcz problemów i spraw pozornie drobnych, ale niekiedy decydujących, może wiedzieć tylko ten, kto to przeżył. Wiele z tych praw wspominam z satysfakcją. Inne z rozrzewnieniem, a jeszcze inne, te wpadki i obsuwy, z zażenowaniem. Szczegó1ną satysfakcję dała nam wiadomość, że III RP odznaczyła naszego dowódcę Krzyżem Virtuti Militari. Odebraliśmy to tak, jakby odznaczono cały nasz oddział.

 

W każdym miejscu postoju i wypoczynku, zgłaszali się do nas ochotnicy, prosząc o przyjęcie do służby. Niektórzy nawet z własną bronią. Dowódca przeważnie odmawiał, bo przyjęcie wszystkich chętnych spowodowałoby wzrost oddziału do takich rozmiarów, które utrudniłyby operatywność uniemożliwiły konspirację. Odmowę przyjęcia do służby, dowódca osładzał kandydatom oświadczeniem, że zostali przyjęci, ale do rezerwy. Do czynnej służby zostali powołani, gdy zajdzie potrzeba. Odchodzili rozżaleni. Nie zmieści się to w głowach tym, którzy w „PRL”, pod wpływem demoralizujących rządów komuny robili wszystko, aby się od wojska wymigać, pomimo to, te czasy były inne i służba nie wiązała się z ryzykiem utraty życia.

 

A zdarzały się akcje, w których ponosiliśmy straty. W jednej z nich byli ranni, w tym „Sęk” bardzo ciężko. Nasza służba medyczna była bezradna. „Sęk” musiał być poddany operacji wyjęcia kuli, co w warunkach polowych i bez lekarza było niewykonalne. Niezbędna była kwalifikowana pomoc chirurgiczna, dysponująca specjalistycznym oprzyrządowaniem. Dostarczyliśmy „Sęka” do szpitala powiatowego. Lekarze niezwłocznie zabrali się do pracy, lecz oświadczyli, że każdą ranę postrzałową muszą zgłaszać bezpiece, która z pewnością wystawi przy rannym wartę.

 

Ze znajomym lekarzem uzgodniono, że zawiadomi nas gdy zdrowie rannego osiągnie stan umożliwiający ewakuację. Wtedy przyjdziemy z całym oddziałem, zdejmiemy UB-ecką wartę i zabierzemy „Sęka”. Niestety „Sęk” nie przeżył, a ponieważ chroniąc jego rodzinę przed represjami dostarczyliśmy go do szpitala bez podania personaliów, pochowano go bezimiennie na cmentarzu w Ciechanowie.Trzeba było ustalić miejsce pochówku „Sęka”, wkopać na mogile krzyż i złożyć wieńce. Jesienią, przed Świętem Zmarłych, „Fryga” i ja otrzymaliśmy zadanie specjalne.

 

Znając metody bezpieki przewidywaliśmy, że przed Zaduszkami, mogiła może być obserwowana. W związku z tym postanowiono, że zadanie trzeba wykonać metodami cywilnymi. Musieliśmy wystąpić bez mundurów i bez broni, bo w przypadku obstawy cmentarza, posiadanie broni mogło dać tylko ten rezultat, że leglibyśmy obok „Sęka”.

 

Trzeba więc było w przypadku obstawy nie stawiać oporu i dać się aresztować, mając wyuczony scenariusz zeznań, polegający na tym, że całą robotę wykonaliśmy za pieniądze, jako pracę zleconą przez nieznanych osobników o uzgodnionych rysopisach, którzy dostarczyli nam wszystko łącznie z krzyżem, tablicą, wieńcami, szarfami i napisami na szarfach.

 

Krzyż ustawiono na grobie wcześniej, natomiast przybicie tablicy i złożenie wieńców zaplanowano na noc poprzedzającą dzień Wszystkich Świętych. Był to błąd, gdyż wcześniejsze wstawienie krzyża dało sygnał bezpiece, że coś będzie się działo. Zaroiło się wokół nas od postaci uzbrojonych w pepesze. Cmentarz był obstawiony. Stosownie do wezwania i zgodnie z naszym scenariuszem, podnieśliśmy ręce do góry.

 

Po zrewidowaniu i stwierdzeniu, że nie mamy broni, kopniakami skierowano nas do wyjścia z cmentarza. Wylądowaliśmy w piwnicy pod Powiatowym UB w Ciechanowie. Godziny dzielące od rana, spędziłem na myślowej powtórce scenariusza zeznań. Tym razem nie ogarnęła mnie żadna senność. Rano zaczął się magiel. Pobyt w ciechanowskiej bezpiece obfitował w sytuacje, o których niechętnie opowiadam, bo pomimo to, że zdarzyły się w rzeczywistości, brzmią nieprawdopodobnie i wyglądają na chwalbę.

 

Sądząc o treści napisów na tablicy „Tu spoczywa Żołnierz NSZ ps. „Sęk”, który zginął w walce o wolną Polskę” i na szarfach wieńców „Dowództwo II Okręgu NSZ, I por. "Ryś", dowódca Oddziału PAS NSZ” bezpieka była pewna,  że złapała dwu NSZ-towców. Przesłuchujący, pewni sukcesu, zaczęli od pytań: jak się nazywasz, jaki masz pseudonim, jak nazywał się „Sęk” i kto to jest „Ryś”?

 

W miarę odbierania naszych zeznań, spodziewany sukces zaczął się wymykać, bo okazywało się, że nie złapali dwu NSZ-towców, tylko dwu głupków, którzy wykonywali zadanie za forsę i o niczym nie wiedzą. W tej sytuacji UB-oli ogarniała wściekłość, którą rozładowywali biciem. Nie dowierzano nam, ale ich pewność została zachwiana, bo pomimo to, że siedzieliśmy w oddzielnych celach, dzięki wykutemu scenariuszowi, zeznania były zgodne.

 

Wkrótce jednak okazało się, że nasz scenariusz miał luki. Nie wszystko można było w nim przewidzieć. Przykładowo, nie mieliśmy prostej odpowiedzi na proste pytanie, gdzie się obaj poznaliśmy. To pytanie scenariusz przegapił, a poznaliśmy się dopiero w oddziale, więc prawdy nie możne było powiedzieć. Obaj musieliśmy skłamać i każdy z nas mógł skłamać inaczej. A wtedy UB-eckie łamignaty miałyby uzasadnienie, że nie biją, dlatego że to lubią, ale dlatego, że trzeba.

 

Grałem więc na zwłokę, zasłaniając się brakiem pamięci i odpowiadając pytaniem, czy śledczy pamięta, gdzie poznał wszystkich swoich znajomych. Za taką bezczelność dostawało się po pysku, ale nie było innego wyjścia. Obiecywałem, że może sobie przypomnę, to wtedy powiem.

 

„Fryga” kręcił podobnie, ale zawisła nad nami groźba dekonspiracji, bo takich prostych pytań było więcej, a już sam fakt, że obaj zgodnie nie pamiętaliśmy tego samego dawał do myślenia. Siepacze od bicia zacierali ręce i tylko czekali na ubaw. Ta beznadziejna sytuacja znalazła szczęśliwe rozwiązanie, jakby żywcem wyjęte z filmu kryminalnego.

 

Obiekt zajęty przez bezpiekę był przed wojną budynkiem mieszkalnym. Piwnice, w których nas trzymano, podzielone były cienkimi ściankami z cegły na kruchej zaprawie, bo cement był wtedy drogi i stosowano go oszczędnie.

 

Ta przedwojenna oszczędność nas uratowała. Pod pryczą przylegającą do ścianki, trzonkiem od zwykłej łyżki udało się wyskrobać zaprawę ze spoin i wyjąć jedną cegłę. Powstał otwór przez który można było pogadać z aresztantami sąsiedniej celi, a właśnie tam siedział „Fryga”. Ten mały otworek zlikwidował wszelkie przeoczenia scenariusza. Spowodował, że poprzypominaliśmy sobie wszystko, co trzeba. Urodziliśmy się w czepku, że wtedy jeszcze nie wsadzono nam do celi kapusia. Zawdzięczamy to prawdopodobnie temu, że początkowo bezpieka była tak pewna swego, że nie widziała takiej potrzeby.

 

Niezależnie od bicia, po którym niekiedy wracało się do celi nie na własnych nogach, egzystencja w więzieniu była koszmarna. Drewniane prycze były zapluskwione. Oprócz pluskiew, żarło nas wszystko: były wszy, pchły i świerzb. Spało się na gołych deskach prycz. Żadnych materaców ani sienników, ani poduszek nie było. Jeśli człowiek nie był spuchnięty od bicia i jeśli był tak zmęczony, że mógł spać pomimo orgii insektów, to po godzinie snu budził go ból wywołany dociskiem kości biodrowej do drewnianego pokładu pryczy, albo ból karku, spowodowany brakiem podparcia głowy. Światło gaszono wcześnie, więc walkę z insektami można było prowadzić tylko w dzień. W nocy byliśmy bezbronni. A w dzień, wszy znajdowałem nawet w skarpetkach.

 

Potrzeby fizjologiczne załatwiało się do blaszanego kibla. Papieru toaletowego nikt nigdy nie widział. Papier pakunkowy z paczek, które rodziny mogły podsyłać ras na miesiąc, nabrał wartości najwyższego dobra. Zawartością paczek dzieliliśmy się solidarnie, bo nie wszyscy je dostawali. Ale papierem nikt się nie dzielił. Togo zwyczaju nie było.

 

Przez 6 miesięcy mego pobytu w bezpiece, ani razu nie wykonano dezynsekcji i ani razu nie urządzono nam kąpieli. Myliśmy się w małej misce z wodą, której zawsze brakowało, bo piwnice nie były skanalizowane ani zwodociągowane. Śmierdzieliśmy jak zwierzęta, a może nawet i gorzej. Żadnej wentylacji nie było. Smród i zaduch był nie do wytrzymania. Więzienne wyżywienie można było jeść tylko pod rygorem śmierci głodowej.

 

Po jakimś czasie zmieniono mi celę. Opuszczałem ją z niepokojem, bo rozstawałem się z otworem komunikacyjnym. Dokwaterowano mnie do celi zbiorowej, w której było kilkunastu więźniów. Po kilku dniach osłupiałem, bo dokwaterowano jeszcze „Frygę”. Ucieszyło to nas umiarkowanie, bo fakt, że bezpieka zrezygnowała z izolowania nas, mógł mieć dwa po¬wody: albo uznano nasze zeznania za prawdziwe i zakończono śledztwo, albo w celi jest kapuś, który czeka na nasze rozmowy. W związku tym, rozmowy ograniczyły się do wzajemnych wymówek i do plucia sobie w brodę, że daliśmy się namówić na taki parszywy zarobek. Kapuś nie mógł więc donieść żadnych rewelacji.

 

Tym, których w nocy nie brano na przesłuchania, urządzano inne urozmaicenia. W nocy nagle zapalało się światło i do celi wpadali funkcjonariusze na rewizję. W tamtych czasach zdarzały się częste przypadki, że niektórzy UB-ecy porzucali służbę u komunistów i przechodzili do partyzantki. Nie dowierzano więc nikomu i bano się, że wśród strażników może być ktoś, kto nam to i owo przemyci z miasta lub do miasta.

 

Przeciwdziałając temu, robiono rewizje w poszukiwaniu przedmiotów zabronionych. A zabronione było m.in. wszystko, co mogło służyć do pisania. Zasada była prosta: żaden gryps nie powstanie tam, gdzie nie ma go czym napisać.

 

Gdy znaleziono mały kawałek ołówka w osłonie sufitowego oświetlenia, przeprowadzono śledztwo. Chciano wiedzieć czyj on jest i skąd się wziął. Nikt się nie przyznał. Sugerowaliśmy, że ołówek musiał tam być przed naszym przyjęciem do celi. Za karę, całą celę pozbawiono prawa do paczek. Oświadczono, że paczki zostaną przywrócone, gdy ujawni się właściciel ołówka.

 

Każdego, kto ma takie doświadczenia, musiał zastanowić Adam Michnik, który w megalomańskiej bufonadzie swego poczucia humoru, błysnął w telewizji dowcipem, że fakt, iż stał się człowiekiem pióra, zawdzięcza bezpiece. Zamykając go w pudle, dała mu dużo czasu, który mógł poświęcić pisaniu, i tak już mu to zostało.

 

Z tego michnikowego dowcipu wynika, że miał PRZYWILEJ posiadania w celi przyborów do pisania. Bezpieka nigdy nie daje przywilejów za darmo. Ciekawe, czym Michnik na takie przywileje zasłużył? I ciekawe, czy te „zasługi” mógłby omówić z równym poczuciem humoru? Ciekawe to, czy analiza przyczyn przywilejów nie doprowadza do Funia?

 

Jak wiadomo, w kochającej się rodzinie Michników, oprócz Adama był jeszcze Stefan, pieszczotliwie zwany Funiem. Tenże Funio, w czasach stalinowskich, gorliwie sowietyzując Polskę, „zasłużył” się skazując na śmierć kilkunastu polskich patriotów. Gdy na monolicie stalinizmu pojawiły się rysy Funio, bojąc się pociągnięcia do odpowiedzialności za zbrodnie na narodzie polskim, dał drapaka do Szwecji. Obecnie głosi, że z Polski wypędziła go fala antysemityzmu. Możliwe więc, że w jakimś stopniu, przywileje bezpieki spływały na Adama jako wyraz uznania dla zasług Funia.

 

Wracając od tej dygresji do tematu, muszę wspomnieć o jeszcze jednym epizodzie nadającym się do filmu sensacyjnego. Epizodem tym była ucieczka „Frygi” z więzienia. Świerzb, armia insektów i omówione warunki bytowania tak „Frydze” dojadły, że postanowił uciekać, pomimo to, że śledztwo przestało być groźne. Raz na dobę wyprowadzano nas na podwórko. Spacerniak ogrodzony był wysokim płotem z desek. Więzienie było prowizoryczne, więc narożnych wieżyczek strzelniczych nie było. Spacer odbywaliśmy w kółko, pod okiem uzbrojonego strażnika.

 

W pewnym momencie, korzystając z tego, że uwaga strażnika skupiła się na innym odcinku spacerującego kółka, „Fryga” się sprężył, podskoczył, chwycił za górną krawędź płotu, podciągnął na rękach i zanim strażnik zdążył użyć broni, zeskoczył na zewnętrzną, stronę ogrodzenia. Spodziewając się strzałów przywarł do ziemi.

 

Pod długą serią z pepeszy, z płotu posypały się drzazgi. Seria była jednak oddana na ślepo, bo płot był tak szczelny, że po drugiej stronie nic widać nie było. Gdy seria ucichła, „Fryga” zerwał się i  zniknął w ciechanowskich opłotkach.

 

Strzelający strażnik nie mógł nas zostawić, bo wtedy inni mogliby skopiować wyczyn „Frygi”. Gdy zaalarmowani strzałami inni strażnicy zrozumieli co się stało i wszczęli pościg, „Fryga” był już daleko. Pościg, mający w warunkach miejskich do wyboru wiele możliwych tras ucieczki, nie dał rezultatu. Wróciliśmy do cel podekscytowani i pełni podziwu, dla ryzykanctwa „Frygi”.

 

Ucieczka przyniosła mi kłopoty, bo bezpieka podejrzewała, że musiałem wiedzieć o zamiarze. Rzecz jasna niczego nie mogli mi udowodnić, ale pretekst do mordobicia był. Z celi zniknął pewien facet, którego wścibstwo sugerowało, że był kapusiem. On musiał mieć największe kłopoty.

 

Po 6 miesiącach pobytu w bezpiece uzyskałem sukces w postaci zwolnienia mnie z powodu „braku dowodów winy”. Aktu oskarżenia nie sporządzono, bo samo złożenie kwiatów na grobie nie było czynem karalnym oraz uznano, że nie ja byłem autorem „antypaństwowego” napisu na tablicy nagrobnej „Sęka”.

 

Dwa lata później, władza ludowa zapudłowała mnie po raz drugi. Tym razem zawdzięczałem to wojewódzkiej bezpiece we Wrocławiu. Siedziałem tam znowu przez 6 miesięcy, w więzieniu przy ul. Sądowej, która była oddalona o kilka minut jazdy od więzienia przy ul. Kleczkowskiej, gdzie wielu polskich patriotów rozstrzelano, co szczegółowo opisuje książka pt. „Golgota Wrocławska”. Tym razem znowu zwolniono mnie z powodu „braku dowodów winy”, ale jest to temat na całkiem inne opowiadanie.

 

Wielu kolegów z oddziału odeszło, na wieczną wartę w sposób nagły i w sposób naturalny. Nie żyją: „Żaba”, „Myśliwy”, „Sęk”, „Biały”, „Morawa”, „Hildek”, „Pogoda” i Mirek Krajewski, którego pseudonimu nie pamiętam. Żyje mój dowódca, por. "Ryś”, żyje "Fryga" i żyją może jeszcze inni, z którymi nie mam kontaktu. Wszystkich przy okazji, jeśli to przeczytają, serdecznie pozdrawiam.

 

Stanisław Duczymiński


Olsztyn, 1995 rok.