Wspomnienia

Maciej Szymański

Zamieszczone poniżej wyjątki z książki Macieja Szymańskiego pt. "Ja-Jo pamięta" wymagają krótkiego wyjaśnienia.
"Wspomnienia - album rodzinny", bo taki jest podtytuł książki, autor napisał dla swoich wnuków, stąd czytelnik znajdzie w niej, poza pamiętnikarskimi wspomnieniami, osobiste oceny zdarzeń, ludzi i czasów, często zapewne kontrowersyjne, które autor chciał przekazać swoim wnukom urodzonym w Kanadzie i nie znającym Polski i języka polskiego. Ja-Jo jest to imię-przydomek autora, którym obdarzyły go jego wnuki. Tapi, jest imieniem nadanym jego żonie. Numery (w nawiasach) za nazwiskami czy imionami krewnych autora, odnosząsię do drzewa rodzinnego zamieszczonego w aneksie do książki.
Maciej Szymański był żołnierzem Narodowych Sił Zbrojnych do roku 1949, kiedy wyjechał z Polski i zamieszkał na stałe w Kanadzie, gdzie zajmował się architekturą. Obecnie jest na emeryturze.

Zainteresowanym książką podajemy adres autora: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Wersja PDF poniższego tekstu (1273 kB).

Ja-Jo pamięta - Rozdział 7 - Powstanie Warszawskie

"O godzinie 5.00 po południu 1 sierpnia 1944 roku rozpoczęło się Powstanie Warszawskie". Tak zakończyłem poprzedni rozdział wspomnień.


portret

Kazimierz Poray-Wybranowski "Kret"

Rozmowa Kazimierza Poray-Wybranowskiego ("Kret") z Leonardem Zub-Zdanowiczem ("Ząb")

Tekst jest zapisem nagrania magnetofonowego rozmowy "Kreta" z "Zębem", w której "Kret" opowiada o komunistycznych represjach. Rozmowa przeprowadzona została w Oakville (Connecticut, USA) około 1979 roku. Maszynopis nie ma początku i zakończenia. Wielokropek w zwykłych nawiasach "(...)" oznacza fragmenty nie ujęte w maszynopisie. W nawiasach kwadratowych zamieszczono nieliczne uwagi redakcyjne. Ingerencje w tekst ograniczono do minimum. Praktycznie sprowadziło się to tylko do: podziału na akapity, poprawek w interpunkcji, ujednolicenia pisowni (np. wielkich liter, w oryginale konsekwentnie jest "żyd", "rusek" itp.) oraz poprawienia oczywistych, zwłaszcza maszynowych, błędów. Trzeba mieć na uwadze, że jest to zapis słowa mówionego i jako taki odbiega od tekstów pisanych. Tłustym drukiem wyróżniono pytania zadawane przez Leonarda Zub-Zdanowicza.
Wspomnienia publikujemy za zgodą rodziny Kazimierza Poray-Wybranowskiego.

 

Józef Poray-Wybranowski

Nadszedł dzień 23 lutego [1944 r.]. Pogoda ustaliła się prześliczna, słoneczna i mroźna, z wyiskrzonym śniegiem i doskonałą widocznością. Połowa z nas wróciła nad ranem z nocnego patrolu i przekąsiwszy trochę, zamierzała udać się na dobrze zasłużony spoczynek. [...]

Nagle zatupotały kroki przed gajówką i wartownik nasz Most (Mostrąg z Borowa) wbiegł wołając: "Grupa jakaś idzie brzegiem lasu - to Niemcy". Ledwo to zdołał powiedzieć, a wszyscy wyskoczyli na zewnątrz, jakby wyrzuceni podmuchem armatnim, to jest wszyscy oprócz mnie! Złapałem moje mokre buty i starałem się je naciągnąć na równie mokre onucki, lecz bez skutku. Ciągnąłem z całej siły, do tego stopnia, że onuce poszły w kawałki; próbowałem wciągnąć buty na gołe nogi, też bez skutku. Zrozumiałem, że aby się uratować, będę musiał pójść do walki boso! W tej samej chwili zagrały karabiny maszynowe i granatniki w wielkiej ilości. My odpowiedzieliśmy erkaemem i z karabinów. Kule gwizdały, zrywając tynk ze ścian i o wyprostowaniu się nie było mowy. Rzuciłem buty na ziemię, złapałem karabin oraz mój pas z ładownicami i pistoletem. Wywaliwszy kolbą okno, wychodzące w stronę otwartych pól, a więc nie będące pod obstrzałem, wyskoczyłem tą drogą na podwórko. Spojrzałem na lizjerę lasu, skąd braliśmy najwięcej ognia i nic nie mogłem się rozeznać, lecz przyglądając się uważniej zauważyłem ruch i natychmiast zrozumiałem, o co chodzi. Niemcy przyszli w białych zarzutach, tak że nie można ich było dojrzeć na śniegu, tak się świetnie zlewali z białym tłem pól. My tymczasem byliśmy tak widoczni jak dzikie kaczki na lodzie. Spojrzałem wokół siebie i zauważyłem, że niektórzy koledzy leżeli bez ruchu. Wiedziałem co to znaczy, bo dopiero parę miesięcy wstecz wydostałem się z niemieckiej "fabryki śmierci" w Treblince, gdzie trupy ludzkie były czymś codziennym, czymś czemu nikt się nie dziwił. Można się tylko było spytać, czy to Polacy, czy też Żydzi? I z jakiego transportu? Z Polski, czy też z krajów nadbałtyckich, a może z Belgii lub Węgier, względnie z Niemiec.

Stefan Nowicki

Od wydawcy "Zapisków" Stefana Nowickiego

Stefan Nowicki urodził się 27 grudnia 1905 roku we wsi Łukowo w województwie warszawskim. Jako bardzo młody chłopak uczestniczył w bitwie warszawskiej w 1920 roku; w latach trzydziestych był aktywnym działaczem Obozu Narodowo-Radykalnego. W czasie II wojny światowej został jednym z przywódców Związku Jaszczurczego i Narodowych Sił Zbrojnych. W latach 1946-1949 był sekretarzem generalnym Zjednoczenia Polskiego w Niemczech. W Australii uczestniczył w pracach wielu organizacji społecznych, głównie w Wiktorii. Jeszcze przed połączeniem się ośrodków niepodległościowych w Londynie, od stycznia 1971 roku reprezentował Prezydenta RP jako Delegat Rządu Rzeczypospolitej Polskiej na Australię w randze ministra nadzwyczajnego i pełnomocnego. Za całokształt swej pracy i działalności publicznej został odznaczony przez prezydenta RP prof. dr. Stanisława Ostrowskiego Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

S. Nowicki, był z jednej strony lubianym i cenionym działaczem, z drugiej - krytykowanym za brak giętkości w kwestii legalizmu władz RP na uchodźstwie. Był bowiem nieprzejednanym rzecznikim ważności symbolu Polski suwerennej. Pomimo kontrowersji związanych z jego działalnością polityczną, która przecież nieobca jest żadnemu politykowi, miał on serdecznych przyjaciół, którzy pamiętać będą go jednak za to, jakim człowiekiem był dla nich - wzorem do naśladowania ze względu na swoją prawość.

Stefan Nowicki zmarł w Melbourne 26 lutego 1992 r. Notatki oraz zapiski mające stanowić podstawę planowanego przez Stefana Nowickiego "Pamiętnika" zaczęły powstawać po 21 kwietnia 1991 roku. Pod taką datą zapisana została pierwsza karta. S. Nowicki nie rozpoczął tej pracy z własnej woli. Przez miesiące dr Zdzisław A. Derwiński oraz rodzina Nowickich nalegali, aby uporządkował swoje wspomnienia, najlepiej zaś przelał na papier to, co chciałby pozostawić jako pamiątkę swym bliskim, swoim przyjaciołom i Polsce, dla której walczył; której niepodległości doczekał.

Ryszard Mikołajczuk - "Szkot"

Zostałem aresztowany 3 lipca 1948 r. w Siedlcach. Pierwsze przesłuchania i śledztwo odbywało się w Komendzie Powiatowej Milicji Obywatelskiej w Siedlcach. Przesłuchania prowadził oficer śledczy Kowalczyk, odbywały się one w dużym pokoju połączonym z jego mieszkaniem służbowym. Przed drzwiami od strony schodów stał na warcie funkcjonariusz pod bronią. Przed przesłuchiwaniami musiałem rozbierać się do naga. Od pierwszych słów aż do opuszczenia pokoju słyszało się więcej "łaciny" i przekleństw w języku rosyjskim jak wyrazów polskich. Prawie po każdym zadanym pytaniu szła w ruch nahajka, bez względu na to co i jak odpowiadałem. Kiedy śledczy zmęczył się biciem nahajką przechodził do bicia kantem długiej linijki drewnianej. Wybierał przy tym najbardziej intymne części ciała, pomagał mu przy tym drugi, przywołany funkcjonariusz. Takie przesłuchiwanie trwało na ogół od 3 do 6 godzin. Dla urozmaicenia "zabawy" stosowano również urządzenie prądotwórcze. Jeden z funkcjonariuszy zakładał mi końcówkę przewodu na palec u ręki, a drugi kręcił korbą urządzenia prądowego. Im szybciej kręcił korbą, tym wibracje i elektrowstrząsy były większe i miało się uczucie jakby rozrywania ciała od wewnątrz.

Tylko podczas pierwszego "przesłuchania" padło kilka pytań sensownych dotyczących mojego nazwiska, pseudonimu i kryptonimu oddziału partyzanckiego, w którym służyłem. Później pytania dotyczyły raczej spraw intymnych: Kiedyś ostatni raz pier... ty skur...? Nazwisko tej twojej k..., ileś zapłacił? ... co, tylko tyle? ... to ja płacę 500 zł, a ty 300 ? ... ty skur... wykorzystujesz nasze dziewczyny? I nahajka poszła w ruch. I dalej w koło Wojtek: Iluś zabił naszych, ty skur...? Ażeby jeszcze bardziej urozmaicić sobie zabawę oficer śledczy kazał wprowadzić do pokoju przesłuchań mojego rodzonego brata, Mieczysława, który akurat przyniósł mi kanapki i został zatrzymany przez funkcjonariusza dyżurnego na parterze budynku powiatówki. Ja już byłem po badaniu, w ubraniu, ręce ściągnięte do tyłu i skute kajdanami. Naraz drzwi się otwierają i funkcjonariusz wprowadza mego brata. Następują sceny niemal identyczne jak te, które ja przed chwilą przeżywałem: Rozbieraj się, ściągaj wszystko z siebie, ty skur..., iluś zabił naszych, ty skur... - co chwila nahajka w robocie - gdzie schowałeś broń, ty skur.... I tak w koło Wojtek. Kiedy oficer śledczy już się zmęczył, zrobił się jakby łagodniejszy, wyciągnął paczkę papierosów i zwrócił się do brata z poczęstunkiem. Nie palę - wyjąkał brat. Śledczy dostał szału: Co? Ty nie palisz skur...? Czekaj zaraz będziesz palił, ja cię nauczę! I poszła w ruch nahajka. Brat zaczął palić, ale nie zaciągał się, ponieważ nigdy w życiu nie palił i dym go drażnił. Śledczy znowu dostał szału. Doskoczył z nahajką, brat chcąc zaciągnąć się, zakrztusił się dymem, zaczął kaszleć i charczeć. Nie mogłem na to patrzeć, usiłowałem uwolnić się z kajdan, ale to mi się nie udawało. Trwało to przeszło dwie godziny. Musiałem na to patrzeć. I pomyśleć, że też tyle musiał mój brat Mieczysław wycierpieć tylko za to, że chciał dostarczyć mi do aresztu coś do zjedzenia.

Bolesław Kempa

[...] Dzieje Brygady Świętokrzyskiej były już wielokrotnie opisywane po 1989 r.[1]. Koncentracja oddziałów (na bazie 204. pułku NSZ) w lasach świętokrzyskich następowała od sierpnia 1944 r.; przez kolejne miesiące dowództwo brygady prowadziło walki zaczepne z Niemcami i z oddziałami partyzantki komunistycznej[2]. Wewnętrzne życie oddziałów wzbogacało się wraz z napływem kolejnych grup żołnierzy i działaczy politycznych, którzy wydostali się z powstańczej Warszawy. Wydawano pismo dla żołnierzy "W marszu i w boju", prowadzono prelekcje. Zapleczem intelektualnym brygady stali się między innymi naukowcy i literaci związani z "Grupą Szańca", którzy docierali do pobliskiej Częstochowy (tam próbowano odtworzyć wraz z oo. Paulinami Uniwersytet Ziem Zachodnich).

Kierownictwo polityczne brygady, jak i całej formacji zbrojnej NSZ, spoczywało w rękach zakonspirowanej Organizacji Polskiej (OP[3]). Kilkustopniowa OP istniała od czasów przedwojennych, kiedy to jej zewnętrzną strukturą pozostawał Obóz Narodowo-Radykalny (ONR-AB). W zmienionej sytuacji OP podejmowała strategiczne decyzje, obejmujące swym zasięgiem między innymi dowództwo oddziałów NSZ[4]. Po upadku Powstania Warszawskiego reaktywowano Komitet Wykonawczy Organizacji; Narodowe Siły Zbrojne podzielono zaś na obszary. Decyzją dowódcy NSZ gen. Zygmunta Broniewskiego "Boguckiego" oddziały te (poza brygadą) miały powoli gasić swą aktywność i wycofywać się na ziemie zachodnie. Wraz ze zbliżającym się momentem spotkania oko w oko z wojskami sowieckimi w dowództwie brygady dojrzewała tymczasem decyzja o wymarszu na Zachód. Celem manewru było nie tylko uchronienie ponad tysiąca żołnierzy przed niechybną śmiercią z rąk komunistów, ale także dotarcie do 2. Korpusu, by kontynuować walkę o niepodległość Polski. Wierzono, że militarny scenariusz wojny nie został jeszcze do końca przesądzony. Berlin był daleko, tak samo dla wojsk sprzymierzonych, jak i dla armii Stalina. Zachodnie ziemie "Polski piastowskiej", które miały przypaść niepodległej ojczyźnie - wedle koncepcji środowiska ONR - "Związku Jaszczurczego" - "Grupy Szańca" - mogły być jeszcze wyzwolone przez żołnierzy amerykańskich i wojsko gen. Władysława Andersa. Liczono się także z możliwością wybuchu konfliktu amerykańsko-sowieckiego. [...]

Mieczysław Grygorcewicz "Bohdan"

Porucznik Mieczysław Grygorcewicz przed wybuchem wojny pracował w Centralnym Biurze Operacyjnym. We wrześniu 1939 r. został przydzielony do Szefostwa Łączności w Sztabie Głównym w Warszawie, którego zadaniem było utrzymanie drogą radiową kontaktu z walczącymi armiami polskimi. Pod koniec 1940 r. został zaprzysiężony jako członek Narodowej Organizacji Wojskowej działającej przy Stronnictwie Narodowym. W październiku został mianowany komendantem Okręgu "Cyryl" (Białostockiego) i awansowany do stopnia kapitana. Po wkroczeniu wojsk radzieckich w 1944 r., mimo posługiwania się fałszywym nazwiskiem (Mieczysław Ostrowski), został aresztowany i w październiku 1946 r. skazany najpierw na 10 lat więzienia, zaś w drugiej rozprawie na karę śmierci za "przynależność do organizacji zbrojnych i dążenie do obalenia ustroju Polski Ludowej". Na mocy amnestii karę śmierci zamieniono na 15 lat pobytu w zakładzie karnym (najpierw we Wronkach, później w Strzelcach Opolskich i w Sztumie). Ostatnie więzienie opuścił w kwietniu 1956 r.

W Okręgu "Cyryl"

Podczas rozmowy z Komendantem Głównym NOW dowiedziałem się, że w Okręgu "Cyryl" Białystok są poważne zaniedbania organizacyjne i Komendant Okręgu "Gracjan" ma być odwołany ze swojego stanowiska. W tym celu zostali wysłani do Okręgu "Stefan" Banasik i Leon Mirecki, którzy potwierdzili chaotyczną pracę organizacyjną, brak łączności w Okręgu i nienależyte zorganizowanie członków w oddziały wojskowe.

Czesław Czaplicki "Ryś"

Z końcem roku 1963 lub na początku 1964 lekarz więzienny Biura Śledczego MSW, mieszczącego się w słynnym pawilonie XII dla więźniów politycznych przy ul. Rakowieckiej w Warszawie, skierował mnie do więziennego szpitala specjalistycznego z powodu choroby wzroku. Szpital ten został ulokowany w budynku, w którym za czasów terroru stalinowskiego "urzędowali" znani z okrucieństwa sługusi NKWD pułkownicy: Różański, Duch, Fejgin, Światło, Tomkowski i inni bandyci. Było tam Biuro Śledcze MBP - katownia do likwidacji polskich patriotów. Na nieludzkie tortury przyprowadzano tam tunelem więźniów z pawilonu nr X, a potem i z dwunastki. Z uwagi na wymuszanie zeznań, pod wpływem zadawanych przesłuchiwanym tortur, budynek ten nazwano pałacem cudów - po prostu więźniowie nieświadomie przyznawali się do nie popełnionych czynów. Wymuszone zeznania, według obowiązującej wówczas teorii prokuratora generalnego ZSRS - Wyszyńskiego, były podstawą do wydawania wyroków - z karą śmierci włącznie. Zdarzało się, że Różański występował w roli księdza słuchającego spowiedzi skazanych na śmierć w celu wykorzystania ich zeznań.

Zgodnie z decyzją lekarza i tzw. wychowawcy więziennego strażnik przeprowadził mnie do jednej z cel tego "pałacu", ale już nie tunelem i nie na tortury, lecz na leczenie, bowiem metody prowadzenia śledztwa po 1956 roku - na moje szczęście - zmieniły się. W celi szpitala zastałem starszego, kulturalnego pana, przeniesionego również z pawilonu XII. Jak zwykle bywa w warunkach więziennych, zapoznaliśmy się bez niczyjej pomocy, a po kilku dniach siedzenia razem, prawie wszystko, co dotyczyło powodów przebywania w więzieniu warszawskim, jeden o drugim wiedział. Dobrze się złożyło, że obaj byliśmy mieszkańcami Wrocławia.

Antoni Bohun Dąbrowski

Wywiad Brygady zdobył cenne wiadomości o przygotowaniu przez dowództwo komunistycznych oddziałów leśnych AL i radzieckich wspólnej koncentracji większych sił, celem zlikwidowania naszej Grupy. O miejscu koncentracji nic wiedzieliśmy. Przypadek zrządził, że natknęliśmy się na większe zgrupowanie tych sił rano, dnia 8 września w czasie postoju w miejscowości Rząbiec.

Po uciążliwym nocnym marszu, przy pięknej księżycowej pogodzie i względnie dobrych leśnych drogach, o świcie osiągnęliśmy miejsce postoju. Piękny. słoneczny i ciepły poranek dawał nadzieję, że po ciężkich trudach żołnierz będzie mógł bezpiecznie odpocząć. Wieś leżała w głębi dużych lasów, które umożliwiały ukrycie większej jednostki partyzanckiej. Życzliwość ludności wiejskiej wskazywali na to, że Brygada zostanie dobrze odżywiona i zaopatrzona.

Z okazji święta Matki Boskiej, ksiądz Mróz, kapelan Brygady, przygotowywał się do odprawienia mszy świętej. Został postawiony ołtarz polowy, upiększony brzozami.
Osobiście byłem tak zmęczony, że po wejściu do chałupy, w której kwaterowałem, położyłem się w ubraniu na rozpostartej na podłodze słomie, aby trochę odpocząć. Byli ze mną również: komendant NSZ gen. Bogucki i doktor Kazimierz, który przed paroma dniami przybył do Brygady. Nie zdążyłem na dobre zasnąć, gdy do izby wpadł adiutant z meldunkiem o silnym zgrupowaniu leśnych komunistycznych oddziałów, znajdujących się w gęstym lesie przy gajówce, w odległości około 2 km od naszego miejsca postoju. Otoczeni kolczastymi drutami, posiadają ciężkie karabiny maszynowe oraz granatniki. Wysiany z II-go batalionu patrol w sile 13 ludzi pod dowództwem ppor. Sanowskiego po mąkę do młyna, został przez nich złapany i rozbrojony. Wszyscy mają być rozstrzelani. Wiadomość tę przyniósł furman, który wiózł ich do młyna, a któremu udało się niepostrzeżenie uciec.

Stanisław Ambrozik "Malarski"

Urodziłem się 25.04.1927 r. w Cielętnikach w gminie Dąbrowa Zielona w powiecie Radomsko, województwo łódzkie. Ojciec był rzemieślnikiem, pracował w majątku w Podlesiu, gmina Lelów. Siedmioklasową szkołę powszechną ukończyłem w Koniecpolu. Po wojnie ukończyłem Szkołę Zawodową w Częstochowie.
Do konspiracji NSZ wstąpiłem w styczniu 1943 r. w Podlesiu, jednocześnie złożyłem przysięgę i przyjąłem pseudonim "Malarski". Komendantem Placówki Podlesie był "Bartek". Latem 1943 r. i wczesną jesienią tegoż roku przeprowadzono szkolenie wraz z ćwiczeniami w terenie w zakresie Szkoły Podchorążych. Wykładowcami byli "Bartek", "Zimny" i "Bosman". Nad całością zajęć czuwał "Karski".

W maju 1943 r., będąc w Konstantynowie u Leona Kosa na zbiórce konspiracyjnej, którą prowadził leśniczy Wroński, na skutek zdrady zostaliśmy złapani przez żandarmów hitlerowskich. Byliśmy torturowani i wstępnie przesłuchiwani na podwórku. Ciążył na nas zarzut, że jesteśmy bandytami. Staliśmy już pod ścianą domu z rękoma do góry pod wycelowaną bronią maszynową. Było nas dziewięciu. Na szczęście przyszedł w ostatniej chwili sołtys tejże wioski. Znał język niemiecki i w długiej rozmowie z oficerem żandarmerii bronił naszej niewinności. Oficer był zdziwiony, że sołtys tak dobrze włada językiem niemieckim i zapytał, skąd tak dobrze zna ten język. Wówczas sołtys oświadczył, że pracował pięć lat w Niemczech u właściciela dużego majątku. Wymienił jego nazwisko i okazało się, że to był ojciec oficera. Niemiec sołtysowi zaufał i kazał nas puścić.