Monika Rotulska

Kieres w narożniku napisał "Nasz Dziennik" następnego dnia po debacie sejmowej, zajmującej się sprawozdaniem z działalności Instytutu Pamięci Narodowej. W odmiennym tonie utrzymane były komentarze w "Trybunie", "Rzeczpospolitej" i "Gazecie Wyborczej". Andrzej Kaczyński z "Rzeczpospolitej" stwierdził, że w trakcie debaty posłowie Ligi Polskich Rodzin użyli argumentów jawnie antysemickich, wzywali do dyskryminacji i głosili pogardę dla obywateli RP niepolskiej narodowości. "Trybuna" swój materiał na ten temat opatrzyła wiele mówiącym tytułem Liga poniżej krytyki.

Przeglądając gazety w piątek 1 marca w zależności od tego jaki tytuł się wybrało można było dojść do dwóch skrajnie różnych wniosków dotyczących nie tyle działalności instytutu, co działań i osoby jego prezesa. Niestety do tak odmiennych wniosków można było dojść nie tylko w ubiegły piątek. Wgłębiając się w tematykę związaną z IPN trudno się oprzeć wrażeniu, że swego rodzaju schizofreniczność charakterystyczna jest zarówno dla poglądów wyrażanych na temat tej instytucji, jak i jej samej w ogóle.

Prezes i jego instytut

Wiele osób powtarza mi: niech się pan trzyma, jesteśmy z pana dumni. Ale kiedy przychodzi do publicznych wypowiedzi - ci sami ludzie zamykają usta, jakoś pomija się moją osobę - żalił się Leon Kieres w lipcu ubiegłego roku na łamach "Przekroju" tuż po uroczystościach w Jedwabnem, kiedy to prasa właściwie pominęła go w swych relacjach, wymieniając jedynie w szeregu wielu osób jakie tam przybyły. Czuły na wszelką krytykę Kieres w ubiegły czwartek bliski był załamania nerwowego. Bez wątpienia sytuacja, jaka miała miejsce, przerosła szefa instytutu. Zapewne nie spodziewał się aż takiej krytyki dokonań IPN, a zwłaszcza swoich własnych. Wytykanie mu wręcz dyskwalifikującej go nieudolności, braku umiejętności perspektywicznego myślenia, a także złej woli sprawiło, że niektóre fragmenty swego przemówienia wygłosił prawie falsetem.



Kieres prawie płakał, to było po prostu żałosne, aż mi go się szkoda zrobiło - usłyszałam od jednego z dziennikarzy, którzy obserwowali debatę na żywo. W czwartek nie ulegało wątpliwości, że prezes IPN po prostu poniósł porażkę w dyskusji na argumenty z posłami Ligi Polskich Rodzin. Na odpowiedź drugiej strony nie trzeba było długo czekać. Za swoim prezesem ujęła się Unia Wolności.

Unia Wolności domaga się, by posłami LPR - którzy w czasie sejmowej debaty nad sprawozdaniem z działalności IPN oskarżali w czwartek jego szefa Leona Kieresa, m.in. o fałszowanie historii - zajęła się komisja etyki - mogliśmy przeczytać w piątkowym oświadczeniu UW przesłanym prasie.

Następnego dnia "Trybuna" napisała: Fajnie jest w polskim Sejmie, pisze pani redaktor Ewa Milewicz ("GW" nr 51). Kto nie czytał, informuję, że jest to tzw. gorzka ironia. Zrodzona na kanwie chamstwa, jakim popisali się posłowie prawicy w stosunku do szefa Instytutu Pamięci Narodowej. Ja rozumiem - w tym Sejmie nie ma komu przywołać grubianów do porządku.

 

Już autorytety potrafiłyby osadzić hołotę. Niestety, elektorat się nie sprawdził - Unia Wolności za bramą. Fajnie jest w "Gazecie Wyborczej" - cokolwiek się napisze, to z gruntu słusznie.

"Okręt flagowy" IPN

Biuro Edukacji Publicznej nazwałem kiedyś moim okrętem flagowym i myślę, że się nie pomyliłem - stwierdził profesor Leon Kieres w swym wystąpieniu sejmowym w ubiegły czwartek.

Przeglądając sprawozdanie przedstawione Sejmowi przez IPN zwraca uwagę pokaźna liczba publikacji Biura Edukacji Publicznej - ponad 150. Niestety jest to wrażenie złudne, gdyż większość z nich to jedynie niewielkie opracowania, a książki wydane przez IPN dosłownie można by policzyć na palcach jednej ręki. Wśród publikacji szczególną uwagę zwraca długi szereg tych, które ukazały się w prasie.

Nie. Jeszcze nie słyszałem o takim przypadku, aby instytucja naukowa podawała w sprawozdaniach publikacje prasowe - mówił zdziwiony dr Bogdan Musiał, naukowiec zajmujący się badaniami z zakresu historii najnowszej w Instytucie Niemieckim, pytany, czy częstą jest praktyka umieszczania w sprawozdaniach jednostek naukowych dorobku publicystycznego pracowników.

Również w polskich instytucjach dopytywałam się o sprawozdania. Także tu nikt nie umieszcza publicystyki w tego typu sprawozdawczości.

Co najwyżej, ogólnie zaznacza się, że pracownicy naukowi publikują w prasie - wyjaśniano mi w Polskiej Akademii Nauk.

Krzywe zwierciadło czasów

W ciągu roku działalności IPN zorganizował także sześć wystaw. Do najbardziej udanych szef instytutu w swoim wystąpieniu sejmowym zaliczył nadzwyczaj kontrowersyjną lubelską ekspozycję "Podziemie zbrojne na Lubelszczyźnie w latach 1939-1956".

Wypaczyli historię w sposób ewidentny - powiedział prezes Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych dr Bohdan Szucki po jej obejrzeniu. Sytuacja była akurat dla niego szczególnie przykra, gdyż został zaproszony na otwarcie ekspozycji, która szkaluje dobre imię NSZ-owców, powielając dawne jeszcze komunistyczne slogany. Autorzy wystawy działalność tej podziemnej organizacji właściwie sprowadzili do akcji przeciwko mniejszościom narodowym.

Dlaczego na wystawie nie znalazło się miejsce na pokazanie roli GL-AL w eksterminacji Żydów, czemu brak informacji o konkretnych zbrodniach, popełnionych przez komunistyczne formacje? - pyta Szucki. Dodaje przy tym, że do najbardziej ewidentnych manipulacji tej ekspozycji należy zamieszczenie fragmentu depeszy Tadeusza Bora Komorowskiego z grudnia 1943 r., mówiącej o tym, że NSZ nie weszła w trakcie akcji scaleniowej w skład Armii Krajowej.

Oczywiście nigdzie nie ma wzmianki chociażby małym druczkiem o tym, że trzy miesiące później NSZ weszły w skład AK - mówi z goryczą Szucki.

Gdy po obejrzeniu wystawy wysłał do IPN uwagi, w odpowiedzi otrzymał pismo, w którym stwierdzono, że ekspozycja ta była "wizją artystyczną".

Na szczęście nie wszystkie wystawy IPN wyglądają tak, jak ta w Lublinie - powiedział pytany, czy także inne ekspozycje wyglądają podobnie. Do wystaw urządzonych przez IPN w Przemyślu i Rzeszowie nie miał zastrzeżeń, podnosząc zarówno poziom merytoryczny poszczególnych części ekspozycji, jak i wydźwięk ogólny wystaw, którym, jak stwierdził, udało się uchwycić realia epoki.

Myślę, że tam w rzeszowskim IPN coś takiego jak tu w Lublinie nie mogłoby mieć miejsca. W dużej mierze zapewne zależy to od ludzi - powiedział Szucki pytany o przyczyny, aż tak różnych ocen wystaw o podobnej tematyce organizowanych przez tą samą instytucję.

Gall Anonim naszych czasów

Niestety, równie negatywnie oceniana jest tematyka, jaką ze szczególną wnikliwością zajmuje się BEP IPN. Chodzi tu przede wszystkim o duże projekty badawcze.

To przeżuwanie wciąż tego samego materiału podczas, gdy nadal mamy wiele białych plam - powiedział jeden z historyków zajmujących się historią PRL-u, chcący zachować swą anonimowość. Zresztą praktycznie wszyscy parający się dziejami najnowszymi, jeśli już coś chcieli powiedzieć na temat instytutu, to tylko incognito.

Wie Pani jestem historykiem, tam teraz będą praktycznie prawie wszystkie materiały źródłowe, na których pracuję - usprawiedliwiali się z proszącym o wyrozumiałość uśmiechem. Aż trzech na czterech, z którymi rozmawiałam, za całkowite nieporozumienie uważa rozbicie prac na dwa tematy (holocaust i sytuacja podczas okupacji) nad zagadnieniami związanymi z okresem II wojny światowej. Jeden z nich nazwał "przyczynkarstwem" w obecnej sytuacji badania nad stanem wojennym.

Bez wątpienia zabrakło tutaj projektu, który podjąłby próbę syntetycznego ujęcia dziejów Polski ostatniego półwiecza - podkreślił inny, dodając przy tym, że nieodzownym byłoby ukazanie tutaj ogromu i mechanizmów zbrodni popełnianych przez komunistyczny aparat przemocy w okresie, gdy socjalizm w PRL miał podobno ludzką twarz. Negatywne opinie na temat instytutu na swój prywatny użytek ma także wielu archiwistów.

Wydzielanie części z zespołów, tego po prostu się nie robi - mówi jeden z archiwistów pracujących w Archiwum Akt Nowych. Oczywiście on także zgadza się mówić dopiero wtedy, gdy zapewnię, że nie ujawnię jego personaliów. Zresztą mimo zastrzeżeń kierowanych pod adresem IPN ma nadzieję, że IPN wznowi nabór pracowników i się przeniesie, bo tam lepiej płacą.

Śledztwa bez tempa

Skoro już mówimy o nieznanych do tej pory miejscach pochówków to chciałbym spytać dlaczego IPN nadal mimo moich licznych interwencji nie wyraża chęci wszczęcia śledztwa w sprawie wymordowania 200 żołnierzy oddziału NSZ "Bartka" - pytał w marcu ubiegłego roku prezes Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych dr Bohdan Szucki profesora Witolda Kuleszę, szefa pionu śledczego IPN na uroczystej konferencji prasowej, na którą zaproszono przedstawicieli środowisk kombatanckich. Szucki cytował wówczas pismo jakie otrzymał z IPN, w którym odmawiano wszczęcia śledztwa z przyczyn formalnych. Sprawa ta już od dawna bulwersowała środowisko NSZ-owców, gdyż śledztwo prowadzone w latach 1991-1993 zostało umorzone. Jako powód umorzenia postępowania podano wtedy to, że żyjący jeszcze UB-ecy, biorący udział w zbrodni, nie byli w stanie przypomnieć sobie okoliczności. Poza tym, jak stwierdzono, organizatorzy albo już nie żyli (gen R. Romkowski zm. w 1965 r., płk J. Czaplicki - w 1985 r.) albo wyjechali do Izraela (płk. J. Kratko, M. Fink). Wówczas szefem Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu był także profesor Kulesza.

Zapewniam pana i wszystkich tu przybyłych, że dołożę wszelkich starań, aby śledztwo to zostało jak najszybciej wszczęte - obiecał rok temu Kulesza. Sprawą tą IPN zajął się dopiero pod koniec ubiegłego roku, mimo, że już od dawna znani byli sprawcy tej zbrodni. Akcja likwidacji "B" - (Bartka) była jedną z największych udanych prowokacji Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.

W lipcu 1946 roku do sztabu zgrupowania zostali wprowadzeni agenci UB: kpt. Henryk Wendrowski "Lawina" (w czasie okupacji niemieckiej w Komendzie Okręgu AK Białystok; po aresztowaniu w lipcu 1944 r. podjął współpracę z NKWD, doprowadzając do masowych aresztowań w szeregach AK; następnie oficer UB, oddelegowany do najbardziej skomplikowanych operacji przeciwko podziemiu niepodległościowemu; wieloletni funkcjonariusz MBP, doszedł do stopnia pułkownika i funkcji wicedyrektora departamentu SB; później został ambasadorem PRL w Danii, następnie w Islandii) i młodszy referent MBP Czesław Krupowiec "Korzeń". Wykorzystali oni koncepcje zagraniczne NSZ, zakładające przerzucenie części sił z kraju na Zachód. Przygotowali oni - na podstawie planu gen. R. Romkowskiego (wiceministra MBP), płk Józefa Czaplickiego (dyrektora Departamentu III), ppłk Józefa Kratki (szefa WUBP w Katowicach) i kpt. Marka Finka (naczelnika III Wydz. WUBP) - plan fizycznej eksterminacji żołnierzy NSZ. Zakładał on przewiezienie żołnierzy NSZ w dniach 1, 3, 5 i 7 września 1946 r. w okolice Łambinowic (woj. opolskie) i dokonanie tam ich fizycznej eksterminacji. W wyniku akcji zamordowano 200 żołnierzy. Jedna z grup została umieszczona w zaminowanym baraku i wysadzona w powietrze, innych po odurzeniu środkami farmakologicznymi pozbawiono życia strzałami w tył głowy. Do ich mogiły wrzucono fikcyjne identyfikatory żołnierzy sowieckich. Z akcji eksterminacyjnej uratował się jeden żołnierz NSZ (Andrzej Bujok "Jędrek", "Brzoza") naoczny świadek jednej z masakr.

Teraz wreszcie prowadzi to Dolnośląski IPN - mówi Szucki. Pytany, czy teraz zadowolony jest z tempa śledztwa stwierdził, że tak naprawdę trudno powiedzieć. Prokuratura co jakiś czas się odzywa, to czego jestem pewien to, że na pewno nie jest to tempo w jakim robi się Jedwabne.

Jedwabna czkawka

Wszyscy bez wyjątku to podkreślają, że na działalności IPN zaciążyła sprawa Jedwabnego. Zapewne gdyby nie ta sprawa, instytut nie wzbudzałby tylu kontrowersji. Wiele niechęci społecznej przysporzył mu profesor Kieres swoimi nieodpowiedzialnymi aktami ekspiacji. Nawet członkowie Kolegium IPN mieli mu to za złe.

W moim przekonaniu profesor Kieres w tych działaniach mieszał rolę moralnego autorytetu, jakim mam nadzieję stanie się dla całego społeczeństwa po zakończeniu swej kadencji, z obowiązkami wynikającymi z pełnienia przez niego funkcji bardzo ważnego urzędnika państwowego. Od potrzebnych w tej sprawie aktów ekspiacji są Kościół, prezydent RP i premier, a nie prezes IPN - napisał ustępujący wówczas szef Kolegium IPN Andrzej Grajewski. Dodając przy tym, że obowiązkiem prezesa IPN było przede wszystkim wypełnianie ustawy, czyli przeprowadzenie wnikliwego śledztwa, oraz zadbanie, aby ustalenia w tej sprawie stały się własnością opinii publicznej. Są jednak i tacy, którzy uważają, że Jedwabne tylko ukazało w całej swej ohydzie rzeczywistość polską.

Sprawa ta tylko obnażyła istniejący już od lat stan w polskim wymiarze sprawiedliwości, ukazała w pełni możliwości wywierania wpływu i nacisku przez różne grupy, czy to etniczne jak w tym wypadku, czy też innego typu grupy wpływu i społecznego nacisku, jak chociażby byli SB-cy - mówił, chcący zachować anonimowość historyk.

Nie ulega wątpliwości, że przy sprawie Jedwabnego popełniono wiele błędów z punktu widzenia polskiej racji stanu. Jednym z nich było wstrzymanie ekshumacji. W czerwcu ubiegłego roku wiele kontrowersji wzbudziła decyzja ówczesnego ministra sprawiedliwości Lecha Kaczyńskiego, który ustąpił przed żądaniami strony żydowskiej. Wtedy tłumaczono, że powinniśmy uszanować ich uczucia religijne. Nawet profesor Kieres, który zawsze podkreśla swój szacunek do państwa prawa nie protestował w tym przypadku. Mimo to pojawiły się inne głosy sprzeciwiające się temu. Sprawa ekshumacji wówczas rozpalała nie jedną dyskusję.

Zobaczysz, za kilka lat Żydzi stwierdzą, że Polacy uniemożliwili całościową ekshumację, gdyż obawiali się ustalenia faktycznej liczby pomordowanych - przekonywał mnie mój znajomy. Niestety, pomylił się. Jak donosi "New York Jewish Week" z 1 marca tego roku w artykule pt. "Unearthing The Polish Past" (Nie odkryta polska przeszłość) amerykańscy rabini ortodoksyjni oraz eksperci religijni zmienili swój punkt widzenia na temat ekshumacji w Jedwabnem. Jak zwrócono uwagę, amerykańscy żydzi, w odróżnieniu od swoich europejskich i polskich kolegów, uważają, że żydowskie przepisy religijne nie tylko dozwalają na tą ekshumację, ale wręcz czynią zeń obowiązek.

Polscy Żydzi obawiają się, że ekshumacja rozpaliłaby polski antysemityzm - twierdzi amerykański rabin Joseph Polak, tłumacząc powody, dla których nie dopuszczono do całkowitej ekshumacji. Jego zdaniem wszyscy w Polsce mają nadzieję zakończyć tą sprawę jak najszybciej. Sugeruje przy tym, że ewentualna całościowa ekshumacja mogłaby dostarczyć dowodów na to, że w Jedwabnem było więcej ofiar niż to jest powszechnie uznawane za publikacją Grosa (1600 ofiar, wyniki ekshumacji częściowej to około 200-250 ofiar - według komunikatu IPN).

Ludzie mówią dajmy umarłym spokój, ale umarli [w tej sytuacji zgodnie z żydowskimi wierzeniami] nie zaznają należnego im spokoju - twierdzi Polak.

Teraz zapewne możliwy jest do realizacji scenariusz, w którym znów nastąpi eskalacja żądań strony żydowskiej. W obecnej sytuacji (na kwiecień zapowiedziano zakończenie śledztwa) mało prawdopodobnym wydaje się możliwość przeprowadzenia ponownej ekshumacji.

Kochać, jak IPN w Łomżyńskiem

IPN od samego początku kojarzył się z teczkami. Niestety tutaj także wielu spotkał bolesny zawód.

Dostałem swoje tak zwane teczki, ale to było tylko takie trochę i w dodatku, ktoś chyba tam na górze zwariował, bo nawet nazwisko Hitlera i Stalina zamalowali mi na tych kserówkach na czarno - stwierdził mój rozmówca, zastrzegający sobie anonimowość. Ciągle ma nadzieję, że jeszcze coś się znajdzie, a z władzą trzeba dobrze żyć, jak się czegoś od niej chce.

Złożyłam wniosek, ale jestem stosunkowo młoda i zapewne na akta brata będę musiała jeszcze długo poczekać, mam nadzieję, że doczekam - mówi Marianna Gielecińska, której brat był kapitanem AK, a po wojnie brał udział w "jakieś konspiracji", bo się do 1948 roku ukrywał. W czasie wojny ona miała zaledwie kilkanaście lat. Nikt jej w nic nie wtajemniczał. Potem, jak wrócił w 1956 z więzienia to chodził już o dwóch laskach. Wtedy także nic nie mówił, bo wiadomo, było niebezpiecznie i lepiej, że ktoś nie wiedział, bo wtedy nie męczyli, żeby powiedział, bo nie miał o czym. Chodził na nogach, jak balony, jeszcze tylko cztery lata. Gdy umarł, miał zaledwie czterdzieści trzy lata.

Co sądzę na temat IPN? Zapewne moje wyobrażenie o tym jaka to miała być instytucja i jaką jest teraz delikatnie mówiąc rozminęły się - powiedział dr Bohdan Szucki. Podobne odczucia ma większość Polaków, mimo że "Tygodnik Powszechny" twierdzi, że Instytut Pamięci Narodowej stał się autorytetem ponad wszelkimi podziałami, a Polacy darzą go "zaufaniem".

Mam rodzinę w Łomżynskiem, niedaleko Jedwabnego. Nawet się nie przyznaję do tego, że pracuję w IPN, bo ludzie by mnie chyba rozszarpali. Zresztą w jakiejś mierze ja ich rozumiem, bo cóż oni mają wspólnego z tym co się działo 60 lat temu, a teraz byle pismak dorysowuje im gębę potomka mordercy, a w najlepszym razie złodzieja mienia pożydowskiego - mówi zastrzegający anonimowość pracownik instytutu. Kiedyś mówiło się, że ktoś kocha się, jak pies z kotem, rzeczywistość jednak bywa zaskakująca, teraz można powiedzieć, że jak IPN w Łomżyńskiem.

Przedruk z: "Tygodnik Głos", nr 10(920), 9 marca 2002.