Odszedł od nas żołnierz Narodowych Sił Zbrojnych. Kapitan Zygmunt Muzyk zmarł w wieku 88-u lat. W styczniu 1943 r. został przyjęty do Narodowych Sił Zbrojnych.

W partyzantce służył do sierpnia 1945 r. kiedy otrzymał polecenie wstąpienia do MO w Łomży. Przedzielony został do posterunku w Śniadowie. Pracował tam do września 1945 r., kiedy to otrzymał rozkaz powrotu do lasu. Ujawnił się w kwietniu 1947 r. W 1949 r. został aresztowany przez UB. Skazany został na 5 lat więzienia. Zwolniono go w lutym 1952 r. Do ostatnich dni pełnił funkcję Prezesa Koła w Kolnie w Okręgu Łomżyńskim Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych.

 

Przybrał sobie pseudonim „Kanarek”. Gdy wstępował w szeregi NSZ, dowódcą jego oddziału był wówczas kapitan Antoni Kozłowski, pseudonim „Biały” (zastrzelony przez Niemców pod Czerwonym Borem w 1944 roku), a szefem pododdziału kapitan Hieronim Rogiński, pseudonim „Róg” (zastrzelił się sam, otoczony w Czerwonem przez ubeków w 1952 roku).

 

– W czasie wojny brałem udział w trzech akcjach skierowanych przeciwko Niemcom – mówi Zygmunt Muzyk. – Chrzest bojowy przeszedłem w akcji pod Cydzynem. Data ta na zawsze utkwiła mi w pamięci. Było to dokładnie 13 czerwca 1944 roku. Odbiliśmy wtedy z transportu 30 ludzi, których Niemcy wieźli furmankami do Łomży. Najbardziej jednak wymierny efekt przyniosła akcja przeprowadzona  na drodze Rydzewo – Lachowo. Porwaliśmy wtedy bardzo ważnego Niemca – Piwkę, który był gospodarzem wielkiego majątku w Lachowie. Za jego uwolnienie Niemcy wypuścili na wolność 300 naszych. Akcję niesłusznie przypisuje sobie Armia Krajowa. Ostatnim zadaniem, w którym brałem udział w czasie okupacji niemieckiej, było odbicie 15 więźniów z kolejki wąskotorowej w miejscowości Dęby. Potem nastąpiła okupacja sowiecka i niezliczone potyczki z funkcjonariuszami UB.

 

Czas aktywności partyzanckiej sierżant Zygmunt Muzyk zakończył 16 kwietnia 1947 roku. Wtedy to  ujawnił się razem z oddziałem Antoniego Gromadzkiego ps. „Jeremi” w Małym Płocku. Nie uczynił tego jedynie Hieronim Rogiński „Róg”. Wszyscy trafili za kratki. Następnych lat pan Zygmunt nie wspomina najlepiej. Spędził je bowiem w więzieniu.

 

– Pierwszy rok przesiedziałem w więzieniu w Białymstoku na ulicy Warszawskiej – wraca pamięcią do tych przykrych lat Zygmunt Muzyk. – To był prawdziwy koszmar. W czasie śledztwa siedziałem w celi o  wymiarach 1,5 na 1,5 m. Po jej ścianach  ciągle ściekała woda, wszędzie czuć było stęchliznę, a za meble służyło mi 6 cegieł. Najgorsze było jedzenie, ciągle to samo – kasza, kapusta, kapusta, kasza i tak wkoło. Ostatnie cztery lata na odosobnieniu spędziłem w więzieniu w Sztumie. Tam już było o niebo lepiej. Więzienie samo na siebie zarabiało, gdyż był tam produkcyjny zakład stolarski. O wiele lepsze były warunki socjalne oraz żywieniowe. Kiedy po pięcioletniej tułaczce wróciłem w rodzinne strony, myślałem, że moje problemy się skończyły. Niestety, nie mogłem nigdzie znaleźć żadnej pracy. Sekretarz Komitetu  Szataniak – ciągle mi jej odmawiał. Byłem na cenzurowanym. Dużo zawdzięczam Zofii Kapelańskiej, która bocznymi drogami załatwiła mi pracę w cukrowni w Sokołowie Podlaskim.

Źródło: www.kolniak24.pl